Pretty Little Liars: The Perfectionists

niedziela, 18 sierpnia 2019


I'm afraid I'll fail.
Not just at school but in life.
O Pretty Little Liars: The Perfectionists słyszałam już w tamtym roku. Byłam właśnie po skończeniu głównej serii, Pretty Little Liars, kiedy znajoma pokazała mi artykuł na internecie o owym spin-offie. Zaczynałam oglądać historię o czterech nastolatkach, których przyjaciółka zaginęła może jakieś siedem lat temu? Szczerze nie pamiętam. Wiem tylko, że zobaczyłam jakieś dwa sezony i potem przerwałam. Wróciłam do niego dopiero po jakimś czasie, kończąc już całość. To nie było już jednak to samo, bo tak naprawdę wydaje mi się, że wyrosłam z tej historii. Pomimo tego, i tak skończyłam siedem sezonów. Nie miałam zamiaru śledzić kontynuacji przygód bohaterów (głównie Alison i Mony), jednak po zobaczeniu tego tytułu na HBO GO, zdecydowałam, że poświęcę swój czas i przyjrzę się tym kilku odcinkom. Czy słusznie?

Tak ja wspomniałam, jedynymi znanymi nam już charakterami, które widzimy w owym spin-offie są Alison (Sasha Pieterse) i Mony (Janel Parrish). Oczywiście, nie brakuje odniesień do reszty postaci. Rozmowa Mony z Hannah, relacja Alison i Emily, wspominanie Spencer. Jednak ani Mona, ani Alison nie są głównymi postaciami. Większość akcji dzieje się między trójką całkowicie różnych od siebie studentów. Ava (Sofia Carson), to młoda projektantka mody, której nazwisko rodzinne nie powoduje dobrze kojarzących się wrażeń. Caitlin (Sydney Park) studiuje prawo, mając przy tym wsparcie jednej ze swoich matek, która jest senatorem. Największą pasją Dylana (Eli Brown) jest natomiast muzyka i instrumenty, szczególnie wiolonczela. Jaka jest szansa, że owa trójka się spotka, a co ważniejsze, zaprzyjaźni? Właśnie, żadna.

Łączy je tylko jedna osoba. Jest nią bardzo wpływowy Nolan (Chris Mason), którego śmierć przybliża do siebie bohaterów. Muszą tworzyć zgraną paczkę znajomych, żeby nie zostać posądzonymi o morderstwo chłopaka, którego naprawdę wielu nienawidziło. Jednak czy najgorsze w tym wszystkim jest to, że nasi bohaterowie są podejrzewani o popełnienie owej zbrodni? A może...to zabójca Nolana jest ich największym problemem? Patrząc na fabułę, można pomyśleć okej, powtórka z rozrywki i wcale jakoś bardzo nie będziemy się mylili. Jednak mimo to? Warto.

Sama historia nie wciągnęła mnie aż tak bardzo. Było zwyczajnie, tyle. W Pretty Little Liars: The Perfectionists najbardziej urzekły mnie postacie. Szczególnie Ava, Dylan i Zach. Mogę stwierdzić, że to zdecydowanie moi ulubieni bohaterowie. No i oczywiście, Mona, do której mam słabość. Uwielbiam ją przede wszystkim za charakter, przeogromną wiedzę i inteligencje. Przyjaźń między Avą i Dylanem była czymś cudownym, dlatego tak bardzo skradli moje serce. Również relacje Avy i Zacha, których mam nadzieję zobaczyć więcej w drugim sezonie. Czy jest ktoś, kogo znienawidziłam? Dana Booker, pani detektyw. Z każdą minutą miałam jej dość. Jak można być aż tak denerwującym?

W każdym serialu mam rzecz, która podoba mi się najbardziej. Jeśli chodzi o Pretty Little Liars: The Perfectionists jest to zdecydowanie czołówka. Klimatyczna piosenka z głównej serii, tylko w innym stylu oraz przebłyski z danego odcinka. Krótka, trwająca około dziesięciu sekund, ale jednak zrobiła na mnie wrażenie. Zdarzało się nawet, że cofałam się i kilka razy ją odsłuchiwałam. Tak po prostu, przypadła mi do gustu i nawet teraz, pisząc post, nucę ją sobie w głowie.

Pretty Little Liars to serial, który mogę polecić nastolatkom (13-16 lat), wydaje mi się, że osobom w takim wieku, może się spodobać. Jest naprawdę dobry (chociaż ostatnie sezony trochę naciągane, niestety). Jak na razie spin-off wywarł na mnie lepsze wrażenie, ale to może się zmienić w kolejnych sezonach. Na pewno poświęcę im swój czas, chociażby po to, żeby zobaczyć jak twórcy rozwiążą niektóre sprawy i kto tym razem okaże się prześladowcą.
1

Jupiter: Intronizacja

środa, 14 sierpnia 2019


-Jesteś już z królewskiego rodu. A ja jestem Tworem. Nie wiesz, co to znaczy, ale mam więcej wspólnego z psem niż z tobą.
-Kocham psy, zawsze kochałam. 

Na film trafiłam przypadkiem, przeglądając propozycje od Netflixa. Opis owej produkcji wydał mi się całkiem ciekawy i dodatkowo po sprawdzeniu go na Filmweb'ie, dowiedziałam się, że został wyreżyserowany przez Lane i Lilly Wachowskich, odpowiedzialnych za Matrixa - jednego z lepszych filmów SF. Przekonało mnie to na tyle, żeby dać mu szansę. Jednak czy słusznie?

Historia opowiada o młodej Jupiter Jones, która nie ma zbyt fascynujących przygód. Żyje jako imigrantka wraz ze swoją rodziną, sprzątając domy bogatszych ludzi. Do czasu, aż na swojej drodze spotyka genetycznie zmodyfikowanego byłego łowcę - Caine'a, mającego za zadanie odszukać dziewczynę, której przeznaczone jest spore dziedzictwo. Jednak, żeby nie było zbyt kolorowo, ktoś pragnie jej śmierci. 

Przyznam szczerze, że po twórcach Matrixa spodziewałam się o wiele więcej. Historia Jupiter wygląda na nieudolną próbę ekranizacji Kopciuszka. Biedna dziewczyna, która musi sprzątać domy, rodzina, która ją wykorzystuje, żeby zarobić, gdzie na końcu zostaje bajecznie bogata i żyje długo i szczęśliwie ze swoim księciem? Błagam, litości... Byłoby też lepiej gdyby Jupiter darowała sobie próby podrywania - aż jestem w szoku, że to podziałało! (Bliżej mi do psa - Kocham psy! Ten tekst będzie moją traumą do końca życia! Thorze widzisz i nie grzmisz!) 

Reżyserzy mieli ciekawy pomysł, jednak wykonanie fatalne. Oczywiście były elementy, które mi się spodobały, chociażby motyw planet jako farmy ludzi, czy genetycznie modyfikowane istoty. Świat, który wykreowali jest interesujący- gdyby tylko lepiej wykorzystali potencjał kryjący się za nim. Jednak temu, co dostaliśmy daleko do ideału... W szczególności mogliby sobie darować niekiedy żenujące wypowiedzi bohaterów (Zostawcie te biedne psy w spokoju!). Zazwyczaj też przy wielu filmach narzekam na nudę - tutaj sporo się działo, jednak niestety nie było to dobre posunięcie - te ciągłe i niespodziewane zwroty akcji w pewnym momencie zaczęły męczyć. Co za dużo to nie zdrowo! 

Co do samych postaci... Aktorzy nie wypadli źle, ale też nie świetnie. Pierwszy raz dane było mi obejrzeć film z Milą Kunis (Jupiter Jones), więc ciężko porównać mi jej grę aktorską z innymi produkcjami, w których występowała. Jednak jeśli chodzi o aktora grającego Caine'a - Channing Tatum jest mi bardzo dobrze znany z filmów tj. Step Up, Ona to on, Wciąż ją kocham i wielu innych. Przyznam, że jest jednym z moich ulubionych aktorów i wiem, że stać go na więcej. Za to świetnie spisał się Eddie Redmayne w roli Balem'a Abrasax'a. Moją sympatię zyskał również aktor grający Stinger'a - Sean Bean. Bardzo chętnie zobaczę w przyszłości jeszcze jakieś filmy z owymi aktorami. 

Podsumowując. Czy warto dać mu szansę? Uważam, że jest o wiele lepszych produkcji na zabicie czasu niż owy film. Chyba, że naprawdę widziałeś już wszystko - w takim razie przygotuj się na dwie godziny ciągłych i męczących zwrotów akcji i żenujących tekstów! Chyba wolałabym drugi raz przeczytać Wiedźmę Morską niż zmarnować czas na ten film. Chociaż... Jak i książka, tak i ten film zostaną moją traumą... A takie nadzieje pokładałam w owej produkcji...
1

Kopciuszek. W rytmie miłości.

niedziela, 11 sierpnia 2019



–Znów piłeś wosk do podłóg? 

–Żeby zapomnieć, że tu mieszkam


Kopciuszek. W rytmie miłości to film, który nie raz oglądałam już jako kilkuletnie dziecko. Zawsze uwielbiałam historię Kopciuszka, więc byłam bardziej niż szczęśliwa, gdy dowiedziałam się o istnieniu takiej produkcji; zawładnęła moim sercem na długie lata, bym raz po raz wracała do niej po jakimś czasie. 

Katie Gibbs (Lucy Hale) to typowy, zabiegany Kopciuszek. Poniżana przez macochę i przyrodnią siostrę, stara się przeżyć do pełnoletności by skończyć szkołę, wyprowadzić się, rozpocząć college i zacząć karierę muzyczną. Szansa na przyspieszenie tego pojawia się, gdy do szkoły, w której uczy się Katie, a jej macocha jest dyrektorką, przyjeżdża prezes Massive Records Gay Morgan (Dikran Tulaine), który szuka młodych talentów. Katie postanawia wziąć sprawy we własne ręce i postarać się zwrócić na siebie uwagę mężczyzny i jego przystojnego syna, Luke'a (Freddie Stroma).

Postacie w tym filmie to osoby, które naprawdę mi się spodobały. Nie były przewidywalne, papierowe, czy coś w tym stylu. Każda się czymś odróżniała i miała w sobie coś wyjątkowego. Sama rodzina Ravensway, mimo zdzirowatej matki, bardzo się od siebie różniła. Bev (Megan Park), która spełniała tylko niedoszłe marzenia rodzicielki, Victor (Matthew Lintz), który znalazł prawdziwą siostrę w Katie. Zostały też ukazane ambicje rodziców względem ich dzieci- przykładami są właśnie Bev i Luke.

Z całego filmu z pewnością mogę stwierdzić, że jedną z moich ulubionych postaci był Victor Ravensway. Mały diabeł, który robił na złość wszystkim, posiadający prywatną bazę, z której zarządzał wszystkimi urządzeniami w domu. Lecz i on czasami miał chwile litości, jak ukazała końcowa scena, rozstrzygająca losy Katie, Luke'a i Bev.

Muszę przyznać ze zdziwieniem, że nie znalazłam w bohaterach kogoś, kogo bym znienawidziła. Nie było nikogo, kto mnie denerwował. Wszystkie postacie miały coś w sobie, co mnie wkurzało, ale żadna z nich nie wyróżniała się spomiędzy nich jakoś znacznie, by nadać jej tytuł "znienawidzonej". Pewnie większość osób wytypowałoby tutaj Gail (Missi Pyle), ale za nią też kryła się pewnie smutna i długa historia. Chociaż nie twierdzę, że nie była jędzą.

Zdecydowanie moją opinię o tym filmie przesądziła scena tanecznego pojedynku, pomiędzy Gail a przyjaciółką Katie, Angelą (Jessalyn Wanlim). Sam hinduski motyw balu szkolnego był ciekawy, a ogień został podsycony właśnie przez ten pojedynek do idealnie dobranej piosenki. Taniec to coś, co zawsze przyjemnie mi się oglądało, gdyż... No, sama nie potrafię tańczyć.

Klimat całości produkcji utrzymuje się przy typowym kopciuszku. Podaj, przynieś, pozamiataj. To Ci wolno, tego nie wolno. Te polecenia i pogarda wobec Katie idealnie kreują z niej kopciuszka. Samo mieszkanie w szopie to potwierdza. Smutno mi było przypatrywać się takiemu traktowaniu, ale cóż można było zrobić?

Większość piosenek było napisane specjalnie dla tej produkcji, co czyni ją jeszcze bardziej ciekawszą. Do tej pory, mimo, że pierwszy raz ten film obejrzałam prawdopodobnie w 2012, odtwarzam sobie momentami na Spotify'u playlistę z wszelkimi piosenkami. 

Kończąc tę wypowiedź; Kopciuszek. W rytmie miłości to film, który naprawdę polecam na wieczór, by w spokoju obejrzeć sobie jakąś mało skomplikowaną produkcję z Happy End'em. Mimo, że dawno wyrosłam z bajek, z uśmiechem wracam do takich filmów jak ten, i naprawdę dobrze bawiłam się przy ponownym oglądaniu go przed pisaniem tej recenzji.
2

Euphoria

środa, 7 sierpnia 2019



I mean, like is one of us gonna get hurt?
Yeah, probably.
But I'll do my best to make sure that it's me.

Mój pierwszy wakacyjny miesiąc zleciał głównie na czytaniu książek i oglądaniu seriali. Niestety, skończyłam całych Przyjaciół i nie miałam dalszych pomysłów za co mogę się zabrać. Mimo, że moja lista na Netflixie jest pełna, nie miałam ochoty kompletnie na nic. Przypomniałam sobie, że mam również HBO GO, z którego nigdy nie korzystałam. Tak więc zalogowałam się i zaczęłam przeglądać ową platformę. Ku mojemu zaskoczeniu, odnalazłam kilka ciekawych pozycji dla siebie. Moją uwagę przykuł głównie serial Euphoria. Wcześniej na YouTubie widziałam jego zwiastun, ale nie spodobał mi się na tyle, żebym od razu szukała owej produkcji. Dopiero gdy przeczytałam opis na stronie, zdecydowałam, że dam mu szansę. Ani trochę nie żałuję.

Euphoria to historia o nastolatkach. Brzmi znajomo? Na pewno. Większość tego, co ostatnio dostajemy to opowieści o grupie młodych ludzi, którzy mierzą się z różnymi problemami. Na tym samym polega fabuła tej produkcji. Narkotyki, pierwsze miłości, seks, przyjaźnie. Jednak uważam, że z tych wszystkich młodzieżowych seriali Euphoria jest tym najprawdziwszym. Ci licealiści starają się odnaleźć swoją właściwą tożsamość i drogę życiową, a ogromną rolę odgrywają w tym media społecznościowe i rówieśnicy, którymi się na co dzień otaczają.

Oczywiście, muszę przyznać, że to dość kontrowersyjna produkcja, na pewno nie dla każdego. Mowa tu o młodszych osobach oraz wrażliwych na niektóre tematy. Na początku każdego epizodu dostajemy wiadomość, że oglądany przez nas program jest przeznaczony dla dorosłych, z czym się zgadzam. Nie jest to serial, do którego powinniśmy przysiąść z rodziną. Mimo to, uważam, że jest ważny. Dla starszej młodzieży (uznajmy, że wkraczającej do liceum), która na podstawie przeżyć bohaterów, może ujrzeć skutki danego działania oraz dla rodziców. Euphoria jest opowieścią o tym, co tak naprawdę może przydarzyć się każdemu z nas. Bywa podkoloryzowana i brutalna, ale niestety, tak czasem jest. Pełno w niej nagości, przekleństw i przemocy. Plusem jednak jest to, że możemy utożsamiać się z bohaterami. Mają oni prawdziwe problemy, nie takie jak na przykład postacie z Riverdale.

Co mnie najbardziej zachwyciło? Kinematografia, gra światłem, ujęcia, wygląd całego serialu. Zdecydowanie to robiło największy klimat. Można powiedzieć, że Euphoria to po prostu sztuka. Efekty specjalne, które towarzyszyły nam przez te osiem odcinków (najbardziej zapadł mi w pamięć moment, gdy Kat pisała fanfiction o One Direction) zachęcały do dalszego oglądania i wpuszczały nas w życie bohaterów, tak, jakbyśmy również tam byli i przeżywali ich historię. Do tego ten soundtrack. Od razu znalazłam go na Spotify i na pewno długo będę go słuchała. Szczególnie piosenkę z ostatniego odcinka, przy której miałam łzy w oczach. A Song for You śpiewana przez Donny'ego Hathaway'a przy wspomnieniach Rue. Cudowna. Z całego serca mogę polecić playlistę z piosenkami z serialu, zaufajcie, nie pożałujecie.

Co do postaci, to chyba najważniejsze. W końcu to one tworzą historię i opowiadają nam o swojej przeszłości i teraźniejszości. Uwielbiam postacie Lexi, Rue i Fezco. Na pewno były najbliższe mojemu sercu, które bolało, gdy spotykało ich coś złego. Ogólnie wszystkie postacie były barwne i z charakterem. Mimo, że ze wszystkich sił nienawidziłam Nate'a, w ostatnim odcinku było mi szkoda (tylko w jednej scenie, ale było!). Chciałabym głównie skupić się na postaci Rue. Nie spodziewałam się, że Zendaya jest tak dobrą aktorką. Wcześniej kojarzyłam ją z seriali Disneya. Tutaj mnie pozytywnie zaskoczyła, także brawo. Mogłabym opowiadać o każdym bohaterze, jego historii i aktorze, który się w niego wcielił, ale zajęłoby mi to trochę, a nie chcę, żeby recenzja była jednak aż tak długa. Powiem w skrócie, ogromny szacunek za grę aktorską dla całej obsady, bez wyjątku.

W końcu dostaliśmy coś więcej niż piękne dziewczyny i przystojni sportowcy, których problemy są oderwane od rzeczywistości. Pokazano nam to w dość brutalny sposób, ale nie wyobrażam sobie, że mogłoby to być zrobione inaczej. Po raz drugi jednak zaznaczam, że nie polecam tego osobom młodszym i czulszym na sprawy seksu, przemocy i narkotyków. Nie jest to codzienność wszystkich, dlatego nie należy patrzeć na nastolatków przez pryzmat tego serialu, ale miejmy świadomość, że to jednak się pojawia. Mogę polecić ten serial, na pewno nie jest od stratą czasu. Chociażby ze względu na fabułę, sztukę operatorską i aktorską.
0

Peternelle van Arsdale — Bestia

niedziela, 4 sierpnia 2019


Bestia straszliwa jest 
Spiczasty ma podbródek 
Pożera nocą gdy śpisz 
Zostawia tylko skórę.

Bestia to książka, która, jak większość dzieł, trafiła do mnie przypadkiem, kiedy przeglądałam regały w empiku, z nadzieją na znalezienie czegoś ciekawego. W zasadzie szukałam wtedy innej powieści, lecz wyleciała mi z głowy, gdy ujrzałam okładkę Bestii. Mroczny klimat ciągnął mnie do niej od początku.
Mroczna, oniryczna baśń. Książka zmrozi krew w żyłach nawet czytelników o mocnych nerwach.

Pewnego razu, w pewnej wiosce na świat przychodzą bliźniaczki. W tym samym roku rozpoczyna się okres głodowej suszy. Mieszkańcy obwiniają za klęskę nieurodzaju nowo narodzone dzieci i wypędzają je wraz z matką do lasu. Lata później odczłowieczone bliźniaczki – pożeraczki dusz – powracają. Dręczone głodem uśmiercają niemal całe Gwenith, oszczędzając jedynie Alys i pozostałe dzieci. Pięćdziesięcioro ocalałych biorą pod swoją opiekę mieszkańcy sąsiedniej osady. Alys – dziewczyna o tajemniczym darze, którego nie może ujawnić, bo zostałaby nazwana czarownicą, jako jedyna nie obawia się pożeraczek dusz. Ciemny las ją wzywa. Tymczasem Starsi nakazują budowę drewnianego ogrodzenia, które ma ochronić Defaid przed potworami Bestii… Kiedy uderza katastrofa, Alys wyrusza w mroczną podróż, w której musi uratować swój świat. Podroż w najciemniejsze zakamarki lasu – i własnej duszy.


[Opis wydawnictwa]

Pożeraczki dusz zachęciły mnie wystarczająco, bym bez zastanowienia kupiła tę pozycję. Miałam nadzieję, że cała fabuła będzie się opierać o nie i poznamy świat z ich perspektywy, (a przez ekscytację na tę myśl, doświadczyłam lekkiego przypału przy kasie), lecz moje modlitwy nie zostały niestety wysłuchane. 


Mroczny klimat i dawne czasy zostały idealnie odwzorowane w książce. Słownictwo przenosi czytelnika w przeszłość, lecz nie jest to aż tak wyeksponowane, jakby czytało się Chłopów czy inną tego typu literaturę, co jest ogromnym plusem dla autorki, bo w zasadzie rzadko trafiałam na coś takiego. Zwykle trzeba było się namęczyć nad przeczytaniem powieści z innego okresu.

Postać, która mi się najbardziej podobała? Były takie dwie i zdecydowanie nie pałałam sympatią do naszej głównej bohaterki, Alys, choć nic do niej tak naprawdę nie miałam. Wydawała mi się po prostu... Mało ciekawa. Benedicta, jedna z pożeraczek wkradła się w grono moich ulubieńców, swoim postępowaniem na końcu książki i wieczną miłością do siostry. Jednak nie mogę nic o niej więcej powiedzieć, gdyż nie chcę streszczać całej fabuły (i do tego spojlerować!). Kolejną postacią jest druga Matka Alys, Heledd. Jej nieszczęście dawało jej odwagę, by naginać zakazy Defaid, oraz leczyć ludzi, choć mało brakowało, a ktoś mógłby ją posądzić o czary.

W zasadzie, to żadna postać nie podpadła mi jakoś strasznie mocno, by jej nienawidzić. Mogłabym podpiąć pod ten punkt całą radę starszych z Defaid, bo myśleli tylko o sobie, tak samo, jak ich rodziny. Do tej pory skręca mnie, gdy przypomnę sobie zachowanie Cerys i Rhys, nie wiem, jak można być tak strachliwym, by w ten sposób chronić swoją skórę...

 Minusem, jaki muszę wytknąć tej książce, jest szybkie zakończenie, które zajęło około trzydziestu stron. Nie umiem tego pojąć. Problem całej książki został rozwiązany w trzydzieści stron. Nic mnie tak w niej nie zaskoczyło jak to.

 Zbierając wszystkie głosy na tak i nie, sądzę, że Bestię warto przeczytać, gdy nie posiada się ciekawszych książek na liście, lub nie ma się żadnej bardziej interesującej pod ręką. Nie twierdzę, że jest to koszmar fantastyki, lecz na pewno nie zaliczyłabym tego niestety do najwyższej półki. I jestem niemal przekonana, że szybko, jeśli w ogóle, do niej nie wrócę.
3

Maria Zdybska — Wyspa Mgieł

środa, 31 lipca 2019


Autor: Maria Zdybska
Cykl: Krucze serce (tom 1)
Wydawnictwo: Genius Creations 
Data wydania: 15 maja 2017
Kategoria: fantastyka
Liczba stron: 480






- Piracki honor? - zadrwił, unosząc wysoko brwi.

- Piracka duma - poprawiła go lodowatym tonem. - Honor jest dla naiwnych rycerzyków w lśniącej zbroi - prychnęła.


Skoro już zabrałam się za książki polskich autorów, czas najwyższy na Wyspę Mgieł Marii Zdybskiej. Tę powieść, podobnie jak Mrok, poleciła mi Ola z Demonicznych Książek. Zdecydowałam się na nią ze względu na to, że jest to fantastyka - mój ulubiony gatunek. Wcześniej twórczość Marii nie była mi znana, jednak tak jak w przypadku dwóch poprzednich polskich autorek cieszę się, że miałam okazję ją poznać. 

 Czasami dwie dusze łączy więź silniejsza niż śmierć.
Ona – przybrana córka pirata, uratowana z morskiej kipieli. W jej przeszłości ukryty jest klucz do potężnej mocy, która może przynieść wybawienie lub zgubę.
On – potężny mag, wyrzutek, arogant i sybaryta. Od lat poszukuje, choć sam nie wie, czego i dlaczego.
Kiedy jednak ich drogi się spotykają, przejmują nad nimi kontrolę siły potężniejsze od nich samych. Bogowie i demony, nieumarli i czarnoksiężnicy, zapomniana magia i stracone życia – droga do ich poznania zaczyna się na tajemniczej Wyspie Mgieł.

[opis wydawnictwa] 


Pomysł na fabułę jest po prostu świetny, idealnie wpasował się w moje upodobania. Piraci, magia, tajemnice...Uwielbiam takie klimaty! Autorka stworzyła intrygujący świat, w którym młoda Lirr próbuje się odnaleźć, będąc pod "opieką" znienawidzonej przez nią księżnej Maeve. Dziewczyna prowadzi zwyczajne życie, aż do momentu pojawienia się pewnego tajemniczego medyka, który ma pomóc księżnej. W tym celu wysyła dziewczynę na Wyspę Mgieł. 
Zakochana po uszy w synu Maeve, księciu Caelu postanawia wyruszyć dla niego w nieznane, aby uratować życie kobiety. Podczas jej podróży mamy okazję spotkać wiele ciekawych istot od rusałek po driady, syreny oraz wiele innych. Nie brakuje tu niespodziewanych i zaskakujących zwrotów akcji, dzięki którym nie możemy narzekać na nudę!  

Co do bohaterów...Moją sympatię na pewno zdobył Raiden - ironiczny, bezczelny mag, który udziela naszej bohaterce schronienia. Owa postać jest bardzo intrygująca i tajemnicza, coś łączy go z naszą bohaterką...Pytanie: co? Z chęcią poznam go lepiej w kolejnej części.
Drugą postacią, którą polubiłam jest Milda - rusałka, dziewczyna, która pomaga Lirr w dostaniu się na Wyspę Mgieł, a także wspiera ją w zmianie. 
Jeśli chodzi o samą Lirr - postać ogólnie bardzo mi się spodobała, nie licząc niektórych momentów, gdy jej naiwność mnie po prostu irytowała. Z pozoru zwykła dziewczyna, przybrana córka pirata, kochająca morze, jednak jak się okazuje nie taka zwyczajna...Podoba mi się ta zmiana, która w niej z czasem zachodzi, że w końcu otwiera oczy i nie daje sobą tak pomiatać księciu. 
Postacią, którą ciężko było mi znieść od samego początku był książę Cael, trudno było mi owego bohatera zrozumieć. Z jednej strony wydaje się czuć coś do bohaterki, a z drugiej... Momentami mam ochotę mu przywalić za manipulowanie Lirr. Najlepiej patelnią. I to taką dużą.

Jeśli chodzi o styl autorki to muszę przyznać, że jest bardzo przyjemny, książkę pochłonęłam w ciągu dwóch dni. Podobają mi się pirackie przekleństwa, którymi dość często rzuca Lirrian, jest to coś charakterystycznego dla niej. Nie brakuje fantastycznych opisów, dzięki którym lepiej jest nam wczuć się w świat książki. I przede wszystkim magia - po traumie, której doświadczyłam w Wiedźmie morskiej, mam obawy co do takich książek i sięgam po nie z lekkim dystansem, jednak tutaj autorka nie zawiodła! (Bogu dzięki! Nie zniosłabym kolejnego wyczarowywania sukienek! ) 

Podsumowując! Jeśli jesteście fanami fantastyki i szukacie akurat czegoś dla siebie - polecam przyjrzeć się Wyspie Mgieł bliżej i dać wciągnąć się w jej intrygującą historię! Barwne postacie, świetne opisy, wciągająca fabuła - czego więcej chcieć? Dodatkowo dzisiaj jest premiera nowego wydania owej powieści, więc tym bardziej polecam zerknąć na owy tytuł! Ja na pewno chętnie sięgnę po kolejną część! 
1

Titans

niedziela, 28 lipca 2019




Jason: This is awesome! Robin and Robin in action!
Dick: Who the hell are you?

Jason: Jason Todd, the new Robin, Robin 2.0, right?

Dnia 21 grudnia 2018 roku na Netflixie pojawił się jak na razie jednosezonowy serial, który platforma przypisała do moich proponowanych. W zasadzie nigdy nie miałam styczności z uniwersum DC, a z motywem superbohaterów obejrzałam jedynie kilka filmów, więc pomyślałam, że dam mu szansę i przedstawię swoją opinię. Sam serial nie jest dostępny w Polsce do obejrzenia na oryginalnej platformie, czyli na DC Universe. Cały sezon, podobnie jak inne produkcje DC, udostępnia nam Netflix. 

Na sam początek przyciąga wzrok i zainteresowanie jedna z głównych bohaterek- fioletowowłosa Rachel (Teagan Croft), która przeżywa tragedię jako nastolatka i odkąd pamięta, zmaga się z ukrytą mocą, której się... obawia? Miałam wrażenie, że ten wewnętrzny ''demon'' towarzyszył jej przez wieki.To właśnie on był prowokatorem kolejnych wydarzeń, które reżyser umieścił w serialu.

Głównych bohaterów jest czwórka, z czego każdy ma... specyficzne umiejętności, które mają pomóc mu w przetrwaniu kolejnych niebezpiecznych sytuacji. Żywa pochodnia, demon, sadysta socjopata i bestia. Zgaduję, że gdyby Meg zobaczyła ten serial, od razu pierwsza by powiedziała ''Asaial! Serial dla Ciebie!''.

Nigdy nie czytałam żadnego komiksu DC comics, więc nie mam porównania do oryginału, lecz spotkałam się z wieloma pozytywnymi opiniami na temat całego uniwersum, w którym występują te postacie. I muszę się z nimi zgodzić, bo cały serial pochłonęłam mniej więcej w jeden, półtora dnia.

Postać, która została wykreowana idealnie w moje gusta? Powiedziałabym, że Koriand'r (Anna Diop), ze względu na jej ognisty charakter, lecz zdecydowanie bardziej spodobał mi się Richard ''Dick'' (swoją drogą, imię czasami zobowiązywało...) Grayson (Brenton Thwaites), facet z bolesnymi wspomnieniami z dzieciństwa i ciekawymi przeżyciami z Batmanem, jako jego pomocnik. Sceny jego walki to coś, co najprzyjemniej mi się oglądało w całej produkcji. Natomiast postać, której nie cierpiałam? Czekałam tyle na ten moment w tej recenzji, by trochę poszkalować. Zdecydowanie Jason Todd (Curran Walters), drugi Robin. Był zbyt pewny siebie i denerwujący, bym mogła go polubić. Mimo, że jego występ w serialu był niewielki, to i tak wystarczył mi ten czas, by go znienawidzić. Chłopak został idealnie wykreowany przez Curran'a na zarozumiałego i aroganckiego pomocnika Batmana.

 Moja ogólna opinia? Nie powiem, chciałabym z całego serca obejrzeć następny sezon, szczególnie po zakończeniu, które wyparło mnie z życia na dobre dwa dni. Jak dla mnie, serial na pewno zmieściłby się w folderze ''dobrych seriali, ale nie najlepszych''. Jest to dobra produkcja na weekend, którą można obejrzeć w jedną noc.
0

Copyright © Szablon wykonany przez My pastel life