Daniel Keyes — Kwiaty dla Algernona

środa, 11 września 2019




Kto powiedział, że moje światło jest lepsze od twego mroku?

 Przeglądając pozycje w empiku, napotkałam Kwiaty dla Algernona. Nigdy wcześniej nie miałam styczności z autorem, jednak tytuł był mi znany - został wspomniany przez główną bohaterkę w jednej książce. Po zapoznaniu się z opisem, postanowiłam dać szansę owej powieści. Przyznam, że zazwyczaj nie sięgam po tego typu historię, jednak ta miała w sobie coś, co nie pozwalało przejść mi obok niej obojętnie. Tak więc trafiła do mojej biblioteczki. 

 Trzydziestodwuletni Charlie Gordon jest upośledzony umysłowo, ma iloraz inteligencji na poziomie 68 punktów. Uczy się czytać i pisać na zajęciach w Beekman College. Dwaj naukowcy z tej uczelni, doktor Nemur i doktor Strauss, prowadzą badania nad wzrostem inteligencji. Udało im się już za pomocą zabiegu chirurgicznego zwiększyć zdolności umysłowe myszy o imieniu Algernon i teraz chcą przeprowadzić taki sam eksperyment z człowiekiem.
[opis wydawnictwa]

 Pierwsze strony czytało mi się bardzo ciężko, przebrnięcie przez nie zajęło mi sporo czasu - ze względu na to, że znajdowało się tam wiele błędów ortograficznych, a zdania były pozbawione składni. Po przeczytaniu około dwóch stron, musiałam odłożyć książkę, ponieważ od tego wszystkiego strasznie bolała mnie głowa. Ale nie ma się co tutaj dziwić - jest to dziennik osoby upośledzonej umysłowo. Z czasem jednak książkę czyta się z przyjemnością. 

 Powieść jest naprawdę wciągająca. Opowiada o zmaganiach człowieka, który na nowo poznaje świat i zasady w nim panujące. Uczy się rozumieć i czuć. Autor doskonale sobie poradził z ukazaniem emocji, jakie targały Charliem przed, jak i po eksperymencie. Pokazuje nam jak ludzie często traktują osoby "głupsze" od siebie i jak bardzo potrzebują ich, żeby czuć się pewniej w towarzystwie, jak odrzucamy towarzystwo mądrzejszych od siebie, ponieważ sami nie lubimy czuć się "głupsi", przez co owe osoby często skazane są na samotność. 

 Daniel Keyes świetnie wykreował postać Charliego Gordona oraz postacie pobocze. Podoba mi się, że autor dawkuje nam informacje z przeszłości upośledzonego mężczyzny i że poznajemy je razem z Charliem. Postaciami, na które zwróciłam większą uwagę są jego rodzice. Ich zachowanie, a szczególnie Rose, pokazuje nam tą gorszą część opiekunów osób upośledzonych - jednak trzeba pamiętać, że nie wszyscy tacy są. Kobieta zamiast pomóc, szkodziła mu wywierając na małym Charliem presje, dodatkowo biła go, za coś, na co nie miał wpływu. Liczyło się dla niej tylko to, jak wypadnie w oczach innych. Matt - ojciec Charliego, mimo iż był bardziej wyrozumiały dla syna, nigdy stanowczo nie sprzeciwił się żonie i bez większego sprzeciwu oddał chłopca do ośrodka. 

Zaciekawili mnie również profesorowie, którzy uznawani są za geniuszy, a jak słusznie zauważa Charlie, niewiele różnią się od przeciętnych osób - znają się jedynie na swojej konkretnej dziedzinie. Bez zahamowań wykonują eksperymenty na zwierzętach, a w końcu i na Charliem, który naiwnie wierzy im, że może stać się mądrym - a jest traktowany przez nich jedynie jako królik doświadczalny. Do tego Alice - nauczycielka, którą Charlie kochał. Kobieta zdaje się odwzajemniać uczucie, jednak ich relacja jest strasznie pokręcona i dziwna - chyba nie do końca ją zrozumiałam.

Podsumowując. Z książki można wyciągnąć naprawdę wiele ważnych wartości i tematów, na które rzadko zwracamy uwagę. Pozwala nam spojrzeć na świat oczami osoby upośledzonej i w jakimś stopniu zrozumieć uczucia, które nią targają. Jednak jeżeli ktoś nie jest fanem fantastyki naukowej, nie jest to powieść dla niego. Niemniej jednak serdecznie ją polecam. Warto dać jej szansę i nie zniechęcać się początkiem, autor naprawdę dobrze się spisał!

0

iZombie

niedziela, 8 września 2019



Vaughn Du Clark: Live to the max, Miss Moore. Just do it somewhere else.


iZombie to serial, który towarzyszył mi od ponad półtora miesiąca. Pięć sezonów akcji po trzynaście odcinków, każdy po 44 minuty. Wybrałam go z rekomendowanych, gdzie chyba znalazł się przypadkowo, gdy Netflix proponował mi inne seriale typu Lucyfer, którego pierwszy odcinek obejrzałam dosłownie cztery pierwsze minuty. 

Zacznijmy więc od początku. Olivia, lub Liv, jak ją większość nazywa, Moore była studentką medycyny i zawsze chciała zostać kardiologiem. Niestety pewnego razu postanawia wybrać się na imprezę na jachcie, gdzie zostaje zadrapana przez... jak sam tytuł mówi- zombie! Od tej pory jej życie się wali, ponieważ zrywa zaręczyny, by nie zarazić narzeczonego wirusem, zaczyna pracować w kostnicy, gdzie ma stały dostęp do mózgów (Nie mogła raczej zostać kardiologiem nie mając niemal ciśnienia i z sercem bijącym sześć razy na minutę.) itp. Ktoś zadałby pytanie- Co na to jej szef, że znikają mózgi? Jej szef jak i jej przyjaciel, Ravi Chakrabarti, od początku jest jej pierwszym sojusznikiem. W dodatku Clive Beabinoux wykorzystuje wizje wspomnień, jakie dostaje Liv po mózgu, do tropienia przestępców. I w sumie uważa ją po prostu za wieszczkę, która ma tak zwane trzecie oko do tego. I tak przez pięć sezonów główni bohaterowie zmierzają się z przysłowiowym złem. Peyton, Clive (którego partnerem została Liv w śledztwach kryminalnych), Major, Ravi i Liv niemal zawsze mają kłopoty- i co dziwne, nad wyraz często uczestniczył w nich Blaine DeBeers.

Sam zamysł serialu- byłam nastawiona naprawdę sceptycznie, że będzie to kolejny The Walking Dead, gdzie zombie to bezmózgie potwory zżerające człowieka żywcem. Nie. W iZombie wszystko zostało dosłownie przemyślane. Zombie wyglądają niemal jak normalni ludzie- co mnie ucieszyło. Po prostu są strasznie bladzi i ich włosy stają się białe. W niektórych momentach odpala im się tak zwany ''Full zombie mode'', przez co zachowują się jak rasowe zombie. Superszybkie, supersilne i z czerwonymi oczami. To był najlepszy zamysł jaki można chyba było zrobić!

Aktorzy zostali wybrani pod swoje postacie- i jak dla mnie większość była strzałem w dziesiątkę. Rahul Kohli idealnie odegrał naukowca, fanatyka zombie z wielkim poczuciem humoru. Malcolm Goodwin perfekcyjnie odegrał policjanta, który chce wspiąć nie na szczyt. Wraz z Rose McIver rozwiązywali sprawy sprawa po sprawie, przyskrzyniając przestępców. Działali na zasadzie jedno mówi, drugie robi w większości przypadków.

Mój ulubiony bohater, pod ten punkt muszę podpiąć dwie fikcyjne postacie. Na pewno jest to Ravi- jego poczucie humoru idealnie trafiło w mój gust. Często był lekko strachliwy, ale dodawało mu to uroku, To on jako pierwszy okazał wsparcie Liv, gdy inni nie wiedzieli o jej byciu zombie. Drugim bohaterem jest... No cóż, Chase Graves, jeden z komandorów firmy Filmore-Graves. Pojawia się dopiero w trzecim lub czwartym sezonie, więc nie można tu nic napisać, by nie było to spoilerem do serialu, czego strasznie żałuję. Ale byłam przerażona i strasznie smutna, gdy reżyserzy taki los mu wybrali.

Przez wszystkie pięć sezonów irytował mnie Major, były narzeczony Liv. Niby był dobrą postacią, ale jednak nie podpasował mi charakterem. Wiecznie pewny siebie i przystojny facet. Mimo to, kochał Liv i czuję się lekko winna, przypisując go do tego podpunktu. Powinnam raczej wstawić tu kogoś, kto z natury był zły, ale... Jakoś większość złych bohaterów polubiłam, a on mi się napatoczył i został nielubianym.

Mimo faktu, że serial jest podpięty do kategorii kryminalnych z elementami horroru- ja tego nie odczułam. Mało tego- przez większość odcinków śmiałam się z humoru bohaterów, czy charakteru, jaki przyjmowała Liv po zjedzeniu mózgu. No przepraszam, ale rumuńska prostytutka, która odcinek później skopała tyłek mistrza kung fu tym samym sposobem walki była raczej zabawna.

Cóż można powiedzieć o Soundtrack'u. Na pewno zwróciłam uwagę na muzykę z intra, która ni cholery nie pasowała do niego klimatem, ale można by do niej potańczyć. Nie żebym próbowała- broń boże! Nie chciałabym złamać nogi na start roku szkolnego. W każdym razie reżyserzy postarali się, żeby muzyka podkreślała sytuację- i wyszło im to nadzwyczaj dobrze. 

I w ten sposób przechodzimy do meritum- do głównej opinii. Serial jest może dla niektórych długi, fakt, ale jest naprawdę warty obejrzenia. Fabuła nie jest nudna, jak w niektórych serialach (I wcale nie mówię tu o Flashu, którego próbuje obejrzeć od ponad dwóch miesięcy) a sami bohaterowie barwni i jeden się różni od drugiego diametralnie. Mimo, że jest to kryminał to byłabym w miarę pewna, że większości oglądających by się spodobał.
0

The Shining (1997)

środa, 4 września 2019

Czasem szczerość to luksus.

Jak powstał miniserial Lśnienie? Mieliśmy już książkę Stephena Kinga z 1977 roku o tym samym tytule oraz film z 1980. Tak więc po co tworzyć kolejną ekranizację? Cóż, produkcja Stanleya Kubricka nie przypadła do gustu pisarzowi Lśnienia. Po kilku latach postanowiono więc stworzyć remake, a sam King został autorem scenariusza miniserialu. Czy wyszło mu to lepiej? Trzeba przyznać, podjął się ogromnego wyzwania. Film Kubricka mimo początkowych negatywnych opinii krytyków, w końcu stał się klasykiem, jednym z najlepszych filmów wszech czasów. Jestem pewna, że każdy miłośnik horrorów chociażby słyszał o owym tytule. Jako, iż udało mi się zapoznać z tymi trzema pozycjami, w tej recenzji na pewno będę je do siebie porównywała. Chcę się głównie skupić na miniserialu, ale uważam, że ważne jest zestawienie go z powieścią (na bazie której powstał) i filmem.  

Zacznijmy może od fabuły tej trzyodcinkowej produkcji. Jack Torrence (Steven Weber), po zmaganiach z uzależnieniem od alkoholu i utracie pracy, w końcu staje na nogi. Dostaje pracę jako stróż w hotelu. Spędza całą zimę w położonym w górach Kolorado budynku. Nie jest jednak sam, gdyż towarzyszy mu Wendy (Rebecca De Mornay), żona mężczyzny oraz Danny (Courtland Mead), pięcioletni syn, który posiada dar telepatii i jasnowidzenia. Po pewnym czasie, chłopiec odkrywa, że hotel jest nawiedzony, a zamieszkujące go duchy powoli doprowadzają Jacka do obłędu.

Tak jak w filmie Kubrick skupił się bardziej na psychologicznych aspektach, pokazując nam myślenie bohaterów, ich emocjach. Jego Lśnienie jest o skutkach samotności, rozerwanych więziach rodzinnych i skomplikowanej istocie człowieka. Patrząc na miniserial, również możemy zauważyć owe wątki. Mimo to, wydaje mi się, że ta produkcja skupiła się głównie na elementach nadprzyrodzonych, które w niektórych momentach...Cóż, nie należy porównywać dzisiejszych efektów specjalnych z tymi sprzed ponad dwudziestu lat. Jedynie trzeba podziwiać to, jak nasza technologia idzie do przodu. Przez wszystkie trzy odcinki prosiłam, żeby krzaki w kształcie zwierząt nie ożyły. Wiedziałam, że raczej nie będzie to wyglądało dobrze. Niestety, twórcy musieli to zrobić. Chyba to moje największe rozczarowanie jeśli chodzi o serial.

Bardzo mi się spodobali aktorzy. Ich gra, to jak dobrze wcielali się w swoje postacie. Po obejrzeniu Lśnienia z Jackiem Nicholsonem byłam pewna, że nikt nie jest w stanie poradzić sobie lepiej od niego. Faktycznie, miałam rację. Steven Weber nie wypadł najgorzej, a w sumie nawet dobrze. Lubię tego aktora, więc udało mi się również polubić postać, którą zagrał. Nicholsonowi i Weberowi należą się gratulację, za robotę, którą wykonali. Nie jestem w stanie stwierdzić, który poradził sobie lepiej, moim zdaniem są na tej samej płaszczyźnie, może z lekką przewagą na Nicholsona? Nie wiem. Wendy Torrance. Po filmie z 1980 roku nie przepadałam za ową postacią. Może Shelley Duvall dobrze wcieliła się w swoją postać, jednak mi się to nie spodobało. Zdecydowanie lepsze wrażenie zrobiła na mnie Rebecca De Mornay. Nie krzyczała i nie płakała przez całą ekranizację. Zdarzały jej się momenty, gdzie naprawdę zaczynałam pałać sympatią do Wendy. Danny, w którego wcielili się kolejno Danny Lloyd i Courtland Mead, od samego początku był moim ulubieńcem. Szczególnie, w serialu, gdziem zagrał go Courtland. Zrobiła na mnie wrażenie jego gra aktorska, jak łatwo udało mu się "być" Danny`m.

Ważną rolę w serialu odegrała historia hotelu, którą Kubrick pominął. Budowała ona napięcie, pojawiały się retrospekcje, a postacie powoli zaczynały przybierać materialne postacie. Największe emocje (no dobrze, głównie przerażenie, nie będę ukrywała!) wywołała na mnie scena, w której Danny odwiedzał pokój 217. Mimo, że po obejrzeniu film odrobinę się spodziewałam, co tam spotka, to jednak w miniserialu było to bardziej przerażające.

Czy mogę polecić ową produkcję? Jeśli jesteście zagorzałymi fanami Kinga, oczywiście. Jeśli chcecie zobaczyć odrobinę inną (przyznajmy, nie różnią się jakoś diametralnie) wersję kultowego Lśnienia, również polecam. Jednak czy warto? Nie wiem. Osobiście nie żałuję, że zapoznałam się z tymi trzema godzinnymi odcinkami. Czy mogły one trwać krócej? Owszem, większość scen była zbyt długa, niepotrzebna. Mimo to, całość oglądałam z przyjemnością. Serial idealny na wolny wieczór.   
2

Victoria Schwab — Vicious: Nikczemni BookTour

niedziela, 1 września 2019



Autor: Victoria E. Schwab
Cykl:  Złoczyńcy (tom 1)
Wydawnictwo: We need YA
Data wydania: 24 kwietnia 2019
Kategoria: fantastyka
Liczba stron: 400






-Jesteśmy sami? - zapytała.
Victor mrugnął. Chwila zawahania minęła, wrócił właściwy mu spokój. Zdjął but z nagrobka.
-Tak, tylko my i martwi ludzie.

O BookTour'ach słyszałam nie raz, jednak nie ciągnęło mnie wtedy do takich zabaw - uważałam, że to nie dla mnie. Jednak gdy dostałam informację od Oli z Demonicznych Książek, że organizują BookTour'a to po przemyśleniu tego, zdecydowałam się zgłosić. I nie żałuję, świetnie się bawiłam! Vicious: Nikczemni Victorii Schwab okazało się strzałem w dziesiątkę jeśli chodzi o moje gusta!

Victor i Eli poznali się na studiach. Genialni, aroganccy i zdolni, od początku zauważyli w sobie tę samą wielką ambicję. W ciągu ostatniego roku zajęć wspólnie zainteresowali się badaniami nad adrenaliną, doświadczeniami bliskimi śmierci i pozornie nadprzyrodzonymi zdarzeniami, które ujawniły, że w odpowiednich warunkach można rozwinąć w sobie nadzwyczajne zdolności. Kiedy ich prosta teoria naukowa zamienia się w poważny eksperyment, sprawy zaczynają się komplikować…

Dziesięć lat później Victor ucieka z więzienia, a jego celem jest znalezienie byłego przyjaciela. W podróży towarzyszy mu znajomy z celi – Mitch, a na ich drodze staje Sydney – ranna dziewczyna, której powściągliwa natura skrywa niejedną tajemnicę.

[opis wydawnictwa] 

Eli i Victor to studenci przygotowujący się do pisania swojej pracy dyplomowej. Jeden z nich podejmuje się tematu osób PonadPrzeciętnych. Jak udaje im się ustalić, można stać się taką osobą będąc blisko śmierci. Przyjaciele są gotowi to sprawdzić. Jednak jak wiadomo igranie ze śmiercią zwykle bywa niebezpieczne i nie kończy się dobrze. Czy im się uda? Jaką cenę przyjdzie im zapłacić? 

Podoba mi się to, że nie jest to taka typowa fantastyka, gdzie przenosimy się w najrozmaitsze światy, nie ma tutaj wielce wymyślnych stworów, że dzieje się to w naszym świecie. Tym elementem fantastycznym w owej książce są osoby PonadPrzeciętne. Jednak jeśli chodzi o moce, które zdobywali...Momentami mam wrażenie, że autorka naoglądała się za dużo Superman'a i innych filmów o superbohaterach... Ale jako, że jestem fanką jak i DC i Marvela, nie przeszkadzało mi to. Najbardziej jednak jestem wdzięczna autorce za brak bardziej rozbudowanego wątku miłosnego, który bardzo często się pojawia w książkach i głównie na nich się opiera (przynajmniej w tych, które wpadają ostatnio w moje ręce). 

 Jeśli chodzi o postacie to z początku nie lubiłam Victora. Wiecznie zazdrosny, arogancki i strasznie ambitny -może i aż za bardzo. Eli chociaż z charakteru był podobny to jednak wydawał mi się trochę bardziej sympatyczny. Jednak nie zmienia to faktu, że autorka wykreowała obie postacie bardziej negatywnie - co bardzo doceniam, zawsze jest to coś innego niż to co zwykle dostajemy (czytaj impulsywnych, tępych, prawie idealnych bohaterów).Im lepiej poznawaliśmy to co się wydarzyło, tym bardziej zmieniałam zdanie co do nich - z czasem to Victor zyskał moją sympatię. Zmiana, która zaszła w Elim...Stał się strasznie irytującą postacią, szczególnie gdy zaczął myśleć, że został wysłany przez Boga i w ten sposób usprawiedliwiał swoje czyny. Czuł się lepszy od innych.   
 Victor zyskał w moich oczach dzięki jego relacji z małą Sydney. Pomógł jej gdy była ranna i potrzebowała pomocy. Przy niej Victor nie wydawał się aż taki zły.  
 Serena i Sydney - siostry były ze sobą bardzo zżyte i mimo późniejszej zmiany Sereny, nadal miała na uwadze dobro młodszej, co bardzo mnie urzekło, mimo iż Sereny do końca nie darzyłam sympatią.  
 I na koniec Mitch - postać, której nie da się nie lubić. Jego historia, którą z czasem dane nam jest poznać porusza i sprawia, że jeszcze bardziej go lubisz. 

Styl Victorii był bardzo lekki i przyjemny w czytaniu - książkę pochłonęłam bardzo szybko. Spodobały mi się przeskoki w wydarzeniach i to, że autorka dawkowała nam informacje, a także urozmaicenie powieści przy pomocy wizualizacji zakreślanych słów przez Victora, co było dla niego charakterystyczne. Doceniłam ją również za poczucie humoru i niespodziewane zwroty akcji, których tu nie brakowało, jednak jak mam być szczera w zakończeniu brakowało mi trochę więcej akcji, ale tragedii nie było. 

Nikczemni to historia, która zaskakuje na każdym kroku. Porywająca i wzbudzająca wiele emocji opowieść o przyjaźni, zazdrości, zemście i nadprzyrodzonych mocach.  Książka naprawdę przypadła mi do gustu. Coraz częściej przekonuje się do tego typu fantastyki i nie żałuje, że zgłosiłam się do wzięcia udziału w tym BookTourze. Bardzo miło spędziłam przy owej powieści czas i szczerze wam ją polecam. 
2

Jeanne Ryan — Nerve

środa, 28 sierpnia 2019



Dowiedzieliśmy się czegoś bardzo ciekawego o sławie.
Najbardziej pragną jej ci, których nikt nie chce oglądać.
W końcu, po kilku miesiącach udałam się do biblioteki. Jako, że na swoich półkach nie mam już miejsc, a aktualnie nie miałam ochoty na żadną książkę ze swojego zbioru, postanowiłam się przejść i wypożyczyć coś ciekawego. Nie chciałam czytać niczego poważnego, wolałam się odrobinę "odmóżdżyć", więc trafiłam do działu dziecięcego i młodzieżowego. Kompletnie nie umiałam się w nim odnaleźć, pomogła mi bibliotekarka. Z jej pomocą w ciągu minuty stałam z trzema pozycjami. Na początku wzięłam się właśnie za Nerve. Już dawno słyszałam o owej książce, ale nie ciągnęło mnie, aby ją przeczytać, czy chociażby obejrzeć film na jej podstawie. Czy uważam, że jest to lektura obowiązkowa?

Zacznijmy może od fabuły. Vee jest zwyczajną nastolatką. Niczym nie wyróżnia się z tłumu. Ma popularnych znajomych, jednak sama zazwyczaj stoi w cieniu, za kurtyną, nie chcąc zwracać na siebie uwagi. W pewnym momencie ma tego dość i w końcu jest gotowa wyjść na scenę. Waha się, jednak dołącza do znanej internetowej gry, Nerve. Wykonuje zadania, za które otrzymuje wymarzone nagrody, a towarzyszy jej przystojny Ian. Po prostu cudownie, nieprawdaż? Co może pójść nie tak? Bardzo, bardzo dużo.

Co do historii, nie powinnam narzekać, przecież sama chciałam coś typowego i niewymagającego myślenia. Jednak po przeczytaniu owej pozycji zaczęłam się zastanawiać, czy mi to pasuje? W ostatnim czasie wolę się skupić na poważniejszej lekturze, ale to nie znaczy, że nie mam zamiaru wracać do młodzieżówek. Marzy mi się jakaś dobra historia dla nastolatek, która nie będzie taka banalna i w którymś momencie mnie zaskoczy. Może uda mi się kiedyś na nią trafić. Nerve raczej nie zalicza się do owej kategorii. Każdy zwrot akcji jest do przewidzenia, nawet gdy się na nim nie skupiasz. Żadnego zaskoczenia, nawet na sam koniec. Po przeczytaniu miałam takie Meh, okej? i od razu przeszłam do kolejnej pozycji, którą wypożyczyłam.

Bohaterowie niczym się nie wyróżniali. Możecie teraz wziąć pierwszą książkę młodzieżową, która leży obok was i znaleźć w niej identyczne postacie. Nie miałam okazji utożsamić się z żadnym z nich, małą sympatią obdarzyłam jedynie Tommy'iego. Nie miał jakiegoś szczególnego charakteru, ale jako jedyny mnie nie denerwował. Ian? Przystojny, idealny, pomocny chłopak. Można by się zakochać, ale zabrakło mu tego czegoś, co zazwyczaj posiadają książkowi przystojniacy. Vee i jej przyjaciółka Syd. Wydaje mi się, że autorka nie do końca wykorzystała potencjał swoich bohaterów. Szczególnie jeśli chodzi o Syd. Mogła stworzyć naprawdę dobrą postać literacką. Czy to samo tyczy się Vee? Nie wiem, nie potrafię się do niej przekonać. Strasznie mnie denerwowała i wiele razy przewracałam oczami, czytając o poczynaniach tej dziewczyny. Raczej byśmy się nie zakolegowały.

Jedyne co mi się podobało w książce (tak, są tu plusy, yeah) to motyw gry. Gdybyśmy się nad tym bardziej zastanowili, zauważylibyśmy, że większość mediów społecznościowych działa na podobnej zasadzie. Ile osób stało się rozpoznawalnych tylko dlatego że zrobiło coś kontrowersyjnego i często nieodpowiedniego? Internet jest niebezpiecznym miejscem, w którym wszystko zostaje. Każde nasze słowo, zdjęcie, dane. Właśnie Nerve pokazuje, jakie mogą być tego konsekwencje. Ile ludzie są w stanie się o nas dowiedzieć tylko przez facebooka czy instagrama. Morał jest taki, żeby uważać co się umieszcza na danych portalach i zastanowić się nad tym dziesięć razy. Jeanne Ryan pokazuje młodych ludziom, którzy nie zdają sobie sprawy z tym niebezpieczeństw prawdziwą stronę tego, z czym mamy do czynienia na co dzień. To właśnie jest w tym fajne i warte uwagi.

Czy polecam ową pozycję? Wydaje mi się, że dla nastolatków, owszem. Mimo, że mi nie przypadła do gustu, dla niektórych może być naprawdę pouczająca i wciągająca. Pewnie gdybym przeczytała ją jakieś trzy lata temu, byłabym zachwycona. Jednak patrząc na ostatnio czytane przeze mnie pozycje, raczej nie zrobiła na mnie efektu wow, niestety. Jeśli jednak nie chcecie zagłębiać się w ową pozycję, możecie zerknąć na jej ekranizację. Sama waham się czy to zrobić i myślę, że jeśli naprawdę nie będę miała co robić, skuszę się na film. Jednak nie nastąpi to prędko. 

2

Witold Dworakowski — Pani Czterdziestu Żywiołów

niedziela, 25 sierpnia 2019


Autor: Witold Dworakowski
Wydawnictwo: Genius Creations
Data wydania: 14 września 2018
Kategoria: fantastyka, science fiction
Liczba stron: 376








Co będzie dalej? No cóż... Wystarczy zajrzeć za horyzont.

  Książka, o jakże barwnym tytule Pani Czterdziestu Żywiołów trafiła do mnie inaczej niż wszystkie- dostałam ją od wydawnictwa! Fantastyka zaczęła mnie chwilowo męczyć, więc szukałam czegoś innego. (Brawo, chciałaś odpocząć od fantastyki i recenzujesz coś z pogranicza fantastyki i sf). Opis tej lektury dość mocno mnie zaciekawił, więc postanowiłam spróbować i zgłosić się po kopię; tak trafiła do mnie. Z twórczości Dworakowskiego znam tyle co nic; tak samo, jakbym miała się wypowiedzieć o jakimkolwiek polskim autorze, lecz stwierdziłam, że tym razem spróbuję; może się przekonam do polskiej literatury?

Załoga debrisowca „Demeter” składa się zaledwie z dwóch osób: najlepszego w swoim mniemaniu pilota w galaktyce Erwina Dexmore’a i genialnej w mniemaniu wszystkich inżynier Kariny Wulf. Mimo że różnią się oni od siebie jak supernowa od czarnej dziury, stanowią zgrany zespół, zdolny wykonać nawet najniebezpieczniejsze misje w najodleglejszych zakątkach galaktyki. Biznes kwitnie, a reputacja załogi „Demeter” właściwie nie mogłaby już być lepsza.
Wszystko zmienia się, kiedy w trakcie jednej z podróży natrafiają na legendarny okręt piracki, „Panią Czterdziestu Żywiołów”. Rozpoczyna się pościg aż po horyzont zdarzeń i ucieczka do równoległych wymiarów. A to dopiero początek…

[opis wydawnictwa]

Przyznam się bez bicia- po innych opiniach na jej temat miałam spore obawy. Mówiły one o wielu opisach technicznych i miałam poważny problem, czy nadążę za tokiem myślenia autora. Zbiór opowiadań, o którym mówi właśnie książka, o dziwo czytało mi się nad wyraz przyjemnie i bezproblemowo; mimo, że pod koniec głowa lekko pobolewała mnie od nadmiaru nazw w niej przedstawionych.

  Spodobały mi się postacie - w zasadzie to pierwszy raz spotykam się z takim wykreowaniem ich. Karina ''Pięść Wkurwu'' (nie moje słowa!) Wulf i Erwin ''Anomalia'' Dexmore zostali przedstawieni jako dwójka naprawdę dobrych przyjaciół i widać to w ich zachowaniu. Szczególnie podczas ucieczki czy kłopotów. Wtedy nie brakuje emocji, które Karina wylewa w stronę Dex'a. A wylewa je... dość wulgarnie.

  Sam zamysł na fabułę- jak dla mnie był naprawdę ciekawy i trzyma w napięciu. Pełno było w niej różnych nazw innych galaktyk, ras, statków i opisu lotu- czegoś, czego do tej pory w pełni nie pojmuję. Sztuczna inteligencja, klonowanie ciał, nawet, jeśli miało się z nich tylko głowę. Ale cóż poradzić? To przecież XXVII, jak nie późniejszy wiek!
  Mam jednak pewne zastrzeżenie - tu się ciągle coś działo! Ani chwili wytchnienia, naprawdę! I mimo, że to tylko zbiór opowiadań z życia załogi Demeter to i tak nie pogardziłabym kilkoma dodatkowymi stronami niezobowiązujących dialogów. Ciągle tylko wybuchy, pościgi, śmierć,kanapki z bazylią i zagrożenie...(Może bez tej bazylii...)

  Podobało mi się poczucie humoru Witolda Dworakowskiego i pełno nawiązań do Gwiezdnych Wojen i Matrix'a- mimo, że żadnej produkcji nie oglądałam. Rzeczy, które bawią bohaterów są odmienne, co widać w ich jakże przyjacielskich dialogach. 
  Styl pana Witolda jest prosty i lekki w czytaniu; co kto lubi, ale dla mnie był idealny. Przyjemnie spędziłam kilka wolnych wieczorów zanurzając się w tej opowieści. Ułatwiał on zrozumienie całej tej... technicznej strony książki, gdzie opisywana była Demeter, Pani czy inne statki, ich podróże i mechanika.

 W gruncie rzeczy naprawdę nie żałuję czasu przeznaczonego na tę pozycję, lecz nie ukrywam, że nie jest ona niezbędną książką dla fanów fantastyki naukowej. Pozwala ona przenieść się w kosmos, oderwać się od rzeczywistości ziemskiej i to naprawdę mnie zachwyciło! Pierwsza książka polskiego autora, którą dane mi było przeczytać od dłuższego czasu, i na pewno nie żałuję tego!

1

Supergirl

środa, 21 sierpnia 2019


If I’m going to be a hero and prove to everyone that I know what I’m doing, I’m gonna need practice. Start small, get better. And to do that, I’m gonna need your help.

Nigdy nie ciągnęło mnie do DC - Superman i Batman jakoś nie zachęcali mnie do zainteresowania się ich produkcjami, zawsze preferowałam Marvela. Do momentu, aż na Netflixie w proponowanych pojawiła się Supergirl i przyznam się, że trochę zbierałam się do obejrzenia tego. Już po miniaturce widziałam, że będzie miała związek z Superman'em i trochę mnie to zniechęcało. Jednak mimo to postanowiłam dać szansę owemu serialowi. Jak wrażenia? 

Główną bohaterką jest Kara Danvers, bądź jak kto woli Kara Zor-El, która została wysłana za Ziemię z umierającej planety Krypton, aby chronić swojego młodszego kuzyna Kal-El'a, czyli naszego Superman'a. Niestety coś poszło nie tak, kapsuła, w której została wysłana, zboczyła z kursu i trafiła do miejsca, w którym zatrzymuje się czas. Gdy udało jej się cudem wydostać z owego miejsca i w końcu dotrzeć na Ziemię jej kuzyn jest już dorosłym człowiekiem. Kara przez lata ukrywała swoje zdolności, próbowała wieść normalne życie, pracując jako asystentka w CatCo Worldwide Media - do momentu, aż samolot, którym leciała jej przybrana siostra Alex został zaatakowany. Dziewczyna, żeby ją uratować ujawnia swoje super moce i postanawia zostać Supergirl. 

Historia Kary z początku bardzo przypomina Superman'a, jednak na szczęście z czasem  staje się tylko jej historią. Akcji w tym serialu nie braknie, tak jak niespodziewanych zwrotów, serial potrafi momentami zaskoczyć. Szczególnie zaskoczył mnie czwarty sezon, który chyba najbardziej przypadł mi do gustu. Jednak jest to serial dla osób, które lubią dłuższe produkcje. 
Sceny walki w tym serialu to po prostu coś świetnego. Efekty specjalne też na dobrym poziomie. Natomiast o soundtruck'u nie bardzo wiem co mogę tutaj powiedzieć o nim powiedzieć. Nie zwracałam na niego większej uwagi podczas oglądania.

Jeśli chodzi o główną bohaterkę to przyznaje - bardzo ją polubiłam. Kara (Melissa Benoist) uczy się na swoich błędach, jest ambitna i co wyróżnia ja od swojego kuzyna - ceni sobie pracę zespołową. Jeden z odcinków pokazuje, że nie ma ludzi idealnych i nawet nasza Supergirl chowa w sobie negatywne emocje. 
Inni bohaterowie, którzy zyskali moją sympatię to na pewno Alex (Chyler Leigh), przybrana siostra Kary. Bardzo troszczy się o naszą superbohaterkę, całe jej życie jest skupione na chronieniu dziewczyny. Więź, która jest między nimi jest naprawdę wspaniała. 
 Do ulubionych bohaterów mogę zaliczyć także James'a Olsena (Mehcad Brooks), którego okazje mieliśmy poznać już w Superman'ie. No prawie... Nie pasuje mi taka zmiana postaci - w Superman'ie Jimmy'ego grają aktorzy o jasnej karnacji a w Supergirl ciemnoskóry. I szczerze? Bardziej do tej roli pasuje mi właśnie Mehcad niż aktorzy z Superman'a... Jednak miło byłoby gdyby trzymali się jednego, bo jak ktoś oglądał wszystkie filmy z człowiekiem ze stali to jednak takie drobnostki nie dają potem spokoju. Postać James'a bardzo przypadła mi do gustu - to człowiek, który wie czego chce i nie boi się zaryzykować, bardzo wspiera naszą Karę i  jest świetnym przyjacielem. 
Nie mogłabym tu nie wspomnieć również o Winn'ie (Jeremy Jordan), który skradł moje serce już w pierwszym odcinku. Chciałabym mieć takiego przyjaciela jak Winn. Kara zawsze mogła liczyć na jego wsparcie, podobnie jak James. 

Czy polecam ten serial? Oczywiście. Jednak...Nie jest to serial dla każdego. Jeżeli nie lubisz superbohaterów, którzy mają full pakiet supermocy to serial może wydawać ci się nudny. Kara ma wszystko - supersiłę, latanie, szybkość, odporność, strzela laserami z oczu... Więc, jeżeli wolisz bohaterów, którzy dzięki sobie osiągają nadnaturalne zdolności to ten serial nie jest dla ciebie. Jeśli natomiast ci to nie przeszkadza to zachęcam do dania mu szansy. 

0

Copyright © Szablon wykonany przez My pastel life