Ewa Nowak — Yellow Bahama w prążki

środa, 19 czerwca 2019




Jak masz prawdziwe kłopoty, to nikt ci nie pomoże. Możesz liczyć tylko na to, że dorośniesz.

Gdyby nie to, że moja kochana polonistka wybrała książkę Yellow Bahama w prążki, jako lekturę uzupełniającą, której nawiasem mówiąc nie zdążyliśmy omówić, jestem pewna, że bym nawet na nią nie spojrzała. (Głównie przez fakt, że jest to literatura o tematyce młodzieżowej oraz - nie obrażając nikogo, dzieło polskiej autorki.)

Która nastolatka nie marzy o tym, aby zostać bohaterką książki? Jednak większość z nich nie dostrzega w swoim codziennym życiu nic ekscytującego ani wartego opisania. Tymczasem powieść "Yellow Bahama w prążki" powstała właśnie na podstawie e-maili, które nastolatki wysyłały autorce. Jej bohaterką jest Hania, która z pozoru wydaje się być zwyczajną dziewczyną. Ale jej codzienne życie i perypetie pochłaniają czytelnika bez reszty. Przyglądamy się dorastaniu Hani, jej wyborom i przemyśleniom, do których skłania życie, czasem trudne i poważne, a czasem wesołe i beztroskie. Towarzysząc Hani, nie jeden raz wybuchamy śmiechem. A jak podkreśla Ewa Nowak, śmiech jest najlepszym lekiem na wszystkie dolegliwości. Zatem - na zdrowie!

[Opis wydawnictwa]

Cała książka składa się z ponad trzydziestu maili napisanych przez główną bohaterkę. Z początku wyznaje, że pisze do autorki po to, aby zostać bohaterką książki i opisuje historie, jakie jej się przydarzają. Ukazuje, że nie jest idealna, wyjątkowa czy jakoś zasadniczo piękna. I to w niej jest najlepsze; nie jest zadufana w sobie.

Historie i życie Hani są... zabawne, nie powiem. Szczególnie te z udziałem Jacka, jej przyjaciela. Chłopak ma ciekawe poczucie humoru i interesujące pomysły. Z opowiadań wywnioskowałam, że był wspaniałym przyjacielem dla bohaterki. Zdecydowanie ta postać najbardziej przypadła mi do gustu w całej książce.


Całość napisana jest prostym i przyjemnym do czytania językiem. Nie trzeba zbyt długo nad nią siedzieć czy zastanawiać się i łączyć ze sobą wszystkie fakty. W zasadzie nie ma w niej nic więcej, jak tylko opowieści kilkunastoletniej dziewczyny, więc jak dla mnie to plus.


Myślę, mimo, że nie sięgnęłam po nią z własnej woli, że nie żałuję przeczytania jej. Właściwie najpierw podsunęłam ją mamie, by sprawdzić jej ocenę (w sumie troszeczkę to złe podejście do rodzicielki) i za jej aprobatą postanowiłam skończyć i ja. Uważam, że byłaby to dobra lektura dla nastoletnich czytelników. Zbyt wiele nie wynosi się z niej po przeczytaniu, dlatego jest to powieść dla kogoś, szukającego mało stresujących i raczej zabawnych niż strasznych klimatów. Na spokojnie można ją przeczytać w dwie godzinki jednego wieczoru. 
3

Piloci

środa, 12 czerwca 2019


Zabierz mnie daleko
Bo czekam, czekam na ciebie
Tu, gdzie dymy i mgły
Nie ma następnych dni
Nie ma już nic...

Musical "Piloci" jest uważany za jeden z największych sukcesów Teatru Muzycznego Roma oraz polskiej sceny teatralnej. Nic dziwnego, gdyż przyciąga do siebie bardzo dużą grupę odbiorców, a znaleźć jakiekolwiek miejsce na widowni (co dopiero dobre miejsce) jest cudem. Rezerwując swój bilet, zrobiłam to jakieś dwa miesiące przed spektaklem. Udało mi się dorwać całkiem niezłe ulokowanie, gdzie nikt nie zasłaniał mi całej sceny (Co w moim przypadku zdarza się bardzo często. Ah, ten niski wzrost.). Przyznam szczerze, że bardzo długo zbierałam się do wybrania na owy musical, gdyż zazwyczaj nie miałam czasu albo okazywało się, że na wybrany przeze mnie termin nie ma już odpowiednich miejsc. Cóż, to chyba najważniejsze, bo raczej mało kto idzie do teatru czy kina oglądać głowę osoby siedzącej przed nią, prawda? Co mnie jednak ostatecznie zmotywowało do zobaczenia "Pilotów"? Wiadomość, że musical będzie można obejrzeć tylko do 16 czerwca. Nie miałam wyjścia! Weszłam na stronę internetową teatru, znalazłam dzień, który mi odpowiadał, wybrałam miejsca i tak oto udało mi się zobaczyć spektakl!

"Piloci" to głównie opowieść o przerwanej przez wojnę miłości i pilotach brytyjskiego lotnictwa wojskowego (RAF), walczących w dywizjonach polskich, podczas Bitwy o Anglię i czasach II wojny światowej. Trzeba wspomnieć, że jest to fikcyjna fabuła, która ma jedynie na celu upamiętnić polskich pilotów. Przyznaje, to im wyszło perfekcyjnie. Ledwo co udało mi się powstrzymać łzy pod koniec, gdy na ekranach pojawiły się zdjęcia naszych polskich żołnierzy, a aktorzy, występujący na scenie odwrócili się i zaczęli im bić brawa. To był cudowny moment.

Autorem libretta i reżyserem jest dyrektor naczelny teatru, Wojciech Kępczyński. Teksami piosenek zajął się Michał Wojnarowski, a muzyką Jakub i Dawid Lubowicz. Warto wspomnieć tutaj o owych panach, gdyż stworzyli coś naprawdę znakomitego. Dzięki swojej pracy odnieśli sukces, który my, widzowie, możemy oglądać na deskach teatru. Oczywiście, nie udało by się to bez aktorów, którzy stanęli na wysokości zadania. Czasem zastanawiam się, czy im się to nie nudzi? Zapewne grają jeden spektakl kilka razy w miesiącu. Jednak dostrzegłam, że wkładają w to całe swoje serce i nieważne ile razy wcielali się w swoje postacie, dalej robią to dobrze i z pełnym oddaniem. Zamawiając swoje bilety, nie miałam jeszcze informacji, kto pojawi się na scenie w danym dniu. Nie było to dla mnie najważniejsze, jednak gdy na stronie został dodany spis obsady na kolejne przedstawienia, byłam szczęśliwa. Miałam ogromną nadzieję, że w postać Jana wcieli się Jan Traczyk i właśnie tak się stało. Uwielbiam jego grę aktorską, głos, który miałam okazję usłyszeć przede wszystkim na kanale Studia Accantus, gdzie zaczęła się moja przygoda i miłość do teatru, w szczególności do musicalu. Owa wiadomość sprawiła, że jakoś nieszczególnie przejęłam się resztą obsady. Dlatego gdy przedstawienie się zaczęło, moją uwagę przykuła jedna osoba. Czy to Sylwia Banasik? Owe pytanie zadawałam sobie przez całą pierwszą część musicalu. W przerwie od razu poszłam zobaczyć obsadę i...tak, to naprawdę była Sylwia! Mimo, że pani Banasik nie pojawiła się w żadnej z głównych ról, brała udział w chórkach, nie mogłam się nie ucieszyć. Jej głos jest jednym z moich ulubionych polskich głosów. Później zorientowałam się, że na scenie pojawiła się Marta Wiejak, jako Alice, której się również nie spodziewałam i muszę przyznać, na początku w ogóle nie poznałam. Trafiłam na moją wymarzoną obsadę, niczego więcej nie potrzebowałam! Warto wspomnieć o Natalii Krakowiak, o której wcześniej nie słyszałam. Zagrała Ninę, czyli jedną z dwóch głównych postaci. Przez całe przedstawienie nie miałam do niej żadnej najmniejszej uwagi. Pełen profesjonalizm, tak jak u pozostałych aktorów.

Dużą rolę odegrała multimedialna scenografia, ruchome ledowe ekrany i efekty specjalne. W niektórych momentach nie można było się wprost napatrzeć na obiekty, znajdujące się na scenie. Szczególnie samolot i prześliczna altanka, która znajdowała się w ogrodzie Anglika. Klimatyczne obrazy wyświetlane na ekranach, a do tego muzyka (do której oczywiście jeszcze przejdę), nadawały odpowiedni charakter scenom i sprawiały, że na całym ciele pojawiały się dreszcze. W odpowiedniej chwili towarzyszyło nam barwne, pełne pozytywnych odczuć otoczenie, a w momentach grozy odczuwaliśmy taki strach, jak bohaterowie.

Na pewno ogromne znaczenie miała również choreografia, kostiumy i muzyka. Te trzy rzeczy znakomicie się dopełniały i łączyły ze sobą. Przede wszystkim stroje Niny i jej przyjaciółek podczas ich występów zaskakiwały i robiły ogromne wrażenie. Taniec, nic dziwnego, idealnie dobrany do danej piosenki, pojawiał się w momentach, gdzie był potrzebny. Muzyka. Czasami ciężko było mi się skupić na tekście, zdecydowanie bardziej zwracałam uwagę na przepiękne głosy aktorów. Głównie w pamięci zapadły mi trzy piosenki. Nie obiecuj nic, Teraz ja! i Zabierz mnie stąd. Są to utwory w moich klimatach. Oficjalne nagranie Nie obiecuj nic z łatwością można odnaleźć na Youtubie, z czystym sumieniem zachęcam i polecam (Od razu mówię, nie odpowiadam za uzależnienie!). Właśnie owe piosenki najbardziej zwróciły moją uwagę i wzruszyły. Reszta utworów również mi się podoba, mniej lub więcej.

Teatr jest zdecydowanie moim ulubionym miejscem i mogłabym spędzać w nim każdą wolną chwilę, więc na pewno na naszym blogu pojawi się jeszcze jakaś recenzja spektaklu (mały spojler; prawdopodobnie będzie to "Metro", yea!). Mam nadzieję, że wrócę jeszcze do Romy, bo klimat, który tam panuje jest cudowny i strasznie żałuję, że nie odwiedziłam tego miejsca wcześniej. Czy polecam "Pilotów"? Owszem, z całego serca. Jeśli będziecie mieli kiedykolwiek możliwość wysłuchania całej ścieżki dźwiękowej, nie wahajcie się. Na pewno nie będzie tak fantastyczna, jaką ja pamiętam, gdyż klimat panujący na scenie idealnie ją uzupełniał. Jeszcze przez kilka dni musical będzie gościł na scenach teatru Roma, więc jeśli macie okazję, nie możecie tego przegapić!







0

Philip Reeve — Zabójcze Maszyny

środa, 5 czerwca 2019


-Płaczesz! 
-Ja nigdy nie płaczę. Nie potrafię. 


O Zabójczych Maszynach swego czasu było bardzo głośno, jednak nie zaintrygowały mnie na tyle, żeby od razu po nie sięgnąć. Zdecydowałam się zakupić owy tytuł dopiero gdy był na promocji - jednak i tak trochę poleżał na półce. Co do tej powieści mam mieszane uczucia. Były elementy, które mi się podobały, ale było też rzeczy, które mnie irytowały - ale zacznijmy od początku.

Sześćdziesiąt minut – tyle wystarczyło, żeby zniszczyć ludzką cywilizację.
Tysiące lat później nastała nowa era ruchomych miast. Miasta drapieżcy na gigantycznych gąsienicach przemierzają wyludnioną Ziemię. Polują: atakują, walczą i pożerają się nawzajem.
Londyn dostrzegł zdobycz. Małe miasteczko nie ma szans. Londyn jest wielki, szybki i... głodny.
Podczas polowania Wielki Mistrz Cechu Historyków Londynu zostaje zaatakowany sztyletem przez tajemniczą dziewczynę. Życie ratuje mu młody czeladnik, który w pogoni za napastniczką zostaje wyrzucony z pędzącego miasta. Na jałowych pustkowiach wielkiego Terenu Polowań ci dwoje, których wszystko dzieli, są zdani tylko na siebie.
Wśród przemocy, brutalności i nieustannego niebezpieczeństwa Tom i Hester muszą walczyć o życie i przyszłość świata…

                                                                                                              [opis wydawnictwa]

Kolejna książka przedstawiająca wizję przyszłości. Jednak jest w niej coś intrygującego, znacznie różni się od innych - ale jest również przerażająca. Latające miasta pożerające się nawzajem? Nie chciałabym być mieszkańcem jednego z tych poległych miast... Większe miejscowości są w świecie niczym pasożyt i ciągle im mało. Lordowie burmistrzowie myślą jedynie o swoich terenach, nie obchodzi ich co stanie się z niewinnymi mieszkańcami pożartych miast - dobrym przykładem jest lord burmistrz Londynu - Crome, który podąża za swoją obsesyjną wizją bycia przywódcą największej aglomeracji na całym świecie, nie zważając na wyrządzane krzywdy.  

Podoba mi się, że fabuła przedstawiana jest z różnych perspektyw, dzięki czemu wiemy co dzieje się na Zewnętrzu oraz w Londynie. Styl pisania autora trochę mi nie podpasował, bardzo irytowało mnie na przykład to, że zamienił sobie "angielski" na "engielski" (Nieraz gubiłam przez nie wątek, bo ciągle czytałam "angielski"  z przyzwyczajenia i gdy sobie uświadomiałam, że chyba coś źle znowu przeczytałam - nie potrafiłam już tak się ponownie wczuć w książkę i odkładałam na później).

Ale chyba najbardziej irytowała mnie tutaj głupota niektórych bohaterów, a konkretniej Toma i Katherine. To postacie straszne naiwne, przez długi czas próbują trzymać się tego co wpajano im do głowy, a gdy rzeczywistość okazuje się, inna niż się spodziewali, są z lekka zagubieni. Tom, który zna wyżej wymienioną dziewczynę od ledwo pięciu dziesięciu minut twierdzi, że jest w niej zakochany i z początku próbuje zrobić wszystko aby wrócić do Londynu. Kate natomiast ślepo ufa we wszystko co mówi jej ojciec, jest przekonana, że to najbardziej wartościowy i dobry człowiek. Na szczęście pod koniec chociaż Kate pozytywnie zaskakuje!
 Bardzo spodobał mi się wątek z Shrike'm i jego dziwną miłością do Hester - nie było tutaj przesłodzonych do przesady momentów. Shrike ogólnie jest bardzo interesującą postacią - Łowca owiany w legendy, zmartwychwstaniec, osoba, która powinna nie żyć od setek lat, a mimo to nadal istnieje, chociaż nie bardzo przypomina już człowieka. Szkoda, że autor poświęcił mu tak mało czasu. Ale czego oczekiwać po książce, która nie była zbyt długa? Zaledwie ponad 300 stron i to zapisanych taką czcionką...

Czy polecam ową powieść? Jeśli nie macie aktualnie nic ciekawszego do czytania to jak najbardziej. Może kiedyś zabiorę się za drugą cześć, ale jak na razie nie ciągnie mnie do tego, jestem zbyt poirytowana Tomem i Kate. Książka nie jest zła, ale mogłaby być lepsza. Niedługo przekonam się jak poradzili sobie z przeniesieniem owej fabuły na ekrany, recenzja na pewno pojawi się na blogu. 


0

Thor

środa, 29 maja 2019


S: Twój brat jest z tobą?
T: Loki nie żyje.
S: To świetnie!!!
T: ......
S: To znaczy, moje kondolencje.


Jak wspomniała w poprzedniej recenzji Asaial (jeżeli jeszcze się z nią nie zapoznałeś kliknij tutaj :D), podzieliłyśmy się produkcjami Marvel'a, ze względu na ich ilość. Także dzisiaj przyszedł czas na Thora. Nie chce się rozdrabniać, więc zdecydowałam się omówić tutaj wszystkie trzy filmy bezpośrednio z nim związane – czyli Thor (2011), Thor – Mroczny Świat oraz Thor – Ragnarok. 

Pierwsza część przedstawia historię Thora (Chris Hemsworth) – syna Odyna, następcy tronu z Asgardu, który za swoje lekkomyślne działania zostaje wygnany z Asgardu na Ziemie, gdzie musi nauczyć się pokory, rozwagi i posłuszeństwa, aby odzyskać utracone moce. Tam poznaje astrofizyka Jane Forest, która pomaga mu się odnaleźć. Z czasem Nordycki Bóg zakochuje się w ziemiance. Gdy mroczne siły Asgardu atakują Ziemię pod przywództwem jego brata Lokiego – Thor uczy się, jak być prawdziwym bohaterem i odzyskuje moce oraz swój Mjollnir.


W kolejnej części Thor ponownie wraca, aby uratować 9 królestw, tylko tym razem będzie walczył z Mrocznymi Elfami. Po wydarzeniach z Avengersów bardzo się zmienił -nie jest już lekkomyślnym, aroganckim bogiem. Ponownie spotka się i będzie współpracował z przyjaciółmi z pierwszej produkcji, nie może także zabraknąć ukochanej Thora – Jane, która i tym razem odegra sporą rolę. 

Trzeci film jest kontynuacją kolejnych. Thor musi powstrzymać Helę i Ragnarök'a przed przejęciem Asdardu, ale żeby tego dokonać Nordycki Bóg musi pokonać Hulka w walce gladiatorów na planecie Sakaar, by móc wrócić do swojej ojczyzny. 

Jak wszystkim wiadomo owe produkcje oparte są na serii komiksów o superbohaterze Thorze, wydawnictwa Marvel Comics. Filmy oczywiście zaliczane są do fantastyki, a jak wiadomo ja uwielbiam ten gatunek, więc nie mogłam sobie ich darować. 


Jeśli chodzi o reżyserów, pierwszą część Thora z 2011 wyreżyserował Kenneth Branagh. W Thorze 
– Mroczny świat za reżyserię odpowiadał Alan Taylor, natomiast za Ragnarok Taika Waititi. Osób odpowiedzialnych za scenariusz było wielu i w każdej części był to kto inny - jedynie  Christopher Yost pojawił się przy drugiej i trzeciej części i może gdyby pracowały nad nim cały czas te same osoby nie byłabym rozczarowana ostatnią produkcją... Całe szczęście, że aktorów nie wymieniali! Tak jak Thor i Thor – Mroczny Świat przypadł mi do gustu, to Ragnarok był dla mnie nijaki. Chociaż muszę przyznać, że sceny walki we wszystkich częściach były dobrze wykonane. 

 Bywały momenty komiczne, jak i trzymające w napięciu, jednak w ostatniej części pojawiało się bardziej uczucie zażenowania. Thorze, widzisz i nie grzmisz! Naprawdę oczekiwałam czegoś więcej tym bardziej, że jest to oparte na mitologii skandynawskiej i komiksach, więc twórcy mieli wiele elementów podane jak na tacy... Chociaż niekoniecznie trzymali się faktów z owej mitologii, ale rozumiem, że musieli dopasować to do fabuły Avengersów. Dodam jeszcze, że bardzo mnie bolał dubbing w Ragnaroku, często bywały momenty, że miałam ochotę wyłączyć film i więcej do niego nie wracać, ale może to wina Netflixa, ponieważ lubią zmieniać dubbingi. 

Z postaci bardzo polubiłam Darcy Lewis (Kat Dennings), Erika Selvig'a (Stellan Skarsgård) oraz Heimdall'a (Idris Elba) – bez nich owe produkcje byłyby... Nudniejsze? Każdy z nich wprowadzał coś innego do filmu, urozmaicał go. 


Uwielbiam soundtrack we wszystkich trzech produkcjach, chociaż zazwyczaj nie zwracam na niego uwagi, oglądając filmy. Tutaj jednak były utwory, które trafiły na moją playlistę, często słuchałam ich gdy pisałam opowiadania. Do najczęściej słuchanych mogę śmiało wpisać Can You See Jane?, Ride to Observatory oraz Letting Go. 

Podsumowując. Serię o nordyckim bogu jak najbardziej polecam, jednak przy oglądaniu ostatniej części dobrze jest obniżyć wymagania (Ajajaj czuję, że zaraz fani mnie za to zjedzą). Jeżeli ktoś lubi mitologię skandynawską to tym bardziej polecam. 

1

Iron Man (2008)

środa, 22 maja 2019



–Hmmm. Your eyes are red. Tears for your long lost boss? 
–Tears of joy. I hate job hunting.
–Yeah well vacation's over.

 Chyba nie ma takiej osoby, która nie kojarzyłaby produkcji Marvel'a i słynnej serii filmów opowiadającej o superbohaterach. To jest coś, co stało się znakiem rozpoznawczym gatunku science-fiction. Przyznaję się bez bicia, że byłam jedną z tych osób, która słyszała o nich nieraz, lecz nigdy nie obejrzałam żadnej produkcji. 

Ostatnio postanowiłam to zmienić i obejrzeć od początku wszystkie filmy. (Swoją drogą jak zobaczyłam ile ich jest to poddałam się i podzieliłam z Meg do obejrzenia). Tak więc zabrałam się na Iron Man'a! 

 Dla tych, którzy nie wiedzą o czym opowiada film; Iron Man to dwugodzinny seans o Tony'm Stark'u- właścicielu firmy Stark Industries produkującej broń i bomby. Pewnego dnia zostaje porwany by wybudować dla pewnej grupy Jerycho (swoją drogą ta nazwa kojarzy mi się z Detroit: Become Human). Wraz z nowo poznanym znajomym skręcili z części na bombę zbroję, która miała im pomóc.

 Ale czy obydwoje przeżyli?

 Stark przez późniejszą część filmu ulepsza projekt tej zbroi i przeprowadza jakże fascynującą walkę z jej prototypem. Brzmi niby nudno, ale większość osób wie, jak interesujący jest film. Chociaż każdy dobiera sobie ocenę inaczej w swojej skali. 

 Powiem tyle, że nie przemawiały do mnie produkcje Marvela. Nigdy nie rozumiałam tego całego szumu wokół superbohaterów, ale ten film w jakimś sensie odmienił moje podejście co do tego. 

 Soundtrack to jest coś, na czym nigdy nie potrafię się skupić; w tym filmie było podobnie, gdyż nie pamiętam, by był w niej jakiś podkład. 

Jak to przystało na Marvela, postacie nie są pospolite. Są charakterystyczne i każda ma w sobie coś, za co daną postać polubi. Dla mnie taką postacią była Pepper- uwielbiam jej poczucie humoru i więź, jaka ją połączyła że Stark'iem. 

 Myślę, że jeśli jest ktokolwiek, kto nigdy wcześniej tego filmu nie widział to niech żałuje i zabierze się za oglądanie. Zdecydowanie jest on ciekawą odskocznią od świata rzeczywistego i dobrą okazją na rozwijanie wyobraźni. 

 Podsumowując, Iron Man zaskoczył mnie swoją... W pewnym sensie prostotą. Mimo, że wybrałam go na zapchanie wolnego czasu, to jestem zadowolona, że mój wybór padł na ten tytuł. Tym sposobem wiem, że obejrzę przynajmniej połowę produkcji Marvela. 
0

Shadowhunters

środa, 15 maja 2019



Love make you stronger.

Dnia 06.05.2019r. na Netflixie pojawił się ostatni odcinek trzy sezonowego serialu Shadowhunters. Każdy fan Cassandry Clare oraz Darów Anioła zapewne oglądał, a jeśli nie to słyszał o owej produkcji, gdyż właśnie na podstawie tej serii była kręcona. Od początku miałam zamiar wyrazić swoją opinię o ekranizacji losów Nocnych Łowców. W momencie, gdy dowiedziałam się, że serial będzie anulowany, postanowiłam poczekać do końca i dopiero wtedy się wypowiedzieć.

Dary Anioła to jedna z popularniejszych młodzieżowych serii i raczej nie trzeba dokładnie przybliżać tu fabuły. W skrócie, dla osób, które nigdy nie spotkały się ze światem cieni. Główną bohaterką jest Clarissa Fairchild, która pewnego dnia dowiaduje się, że w jej żyłach płynie krew Nocnych Łowców, których zadaniem jest zabijanie demonów i ratowanie świata. Oczywiście, nie brakuje tu innych nadprzyrodzonych istot. Wampiry, wilkołaki, czarownicy, czyli w powieściach typowo fantastycznych norma.

Serial był kręcony na owej fabule. Jednak czy można go porównywać z książką? Zdecydowanie nie. Dlatego skupię się tu na recenzji Shadowhunters, a może kiedyś na naszym blogu pojawi się również artykuł o serii Cassandry Clare. Wspomniałam o niej jedynie dlatego, że obie pozycje wiąże ze sobą to samo uniwersum i podobne postacie. Jeśli chodzi o fabułę...no cóż, serial nawiązuje w niektórych momentach do książek, ale głównie od nich odbiega.

Właśnie z tego powodu bardzo dużo fanów Darów Anioła nie przepada za ową produkcją. Czy słusznie? Oczywiście, jak każdy serial zdarzają mu się genialne odcinki oraz te, przy których zastanawiasz się, czemu marnujesz swój czas. Moim zdaniem, pomimo tych gorszych chwil, Shadowhunters jest warte obejrzenia. Fabuła odbiega od książek Cassandry Clare, mimo że właśnie na nich miała być wzorowana. Czy jednak jest to złe? Owszem, w niektórych momentach. Serce boli, gdy twórcy pomijają najistotniejsze elementy i wszystko zmieniają. Po przeczytaniu serii jednak masz taką myśl Dobra, wiem co mniej więcej się wydarzy, więc ten bohater na pewno nie umrze, w książce przecież żyje. A jednak. Czy te zmiany są zawsze negatywne? Muszę przyznać, że w wielu momentach podobały mi się niespodziewane zwroty akcji, pojawianie się czegoś nowego. 

Postacie. Zacznę od jednego pytania. Czy jest jakaś osoba, która obejrzała produkcję i nie pokochała Maleca? Serialowi Magnus Bane i Alec Lightwood to ideały. Ogólnie nie mam większych zastrzeżeń co do aktorów i postaci, które odgrywają, ale... No tak, jest jakieś ale. Katherine McNamara. Może nie jest jakoś tragicznie, ale genialną aktorką ona nie jest. Szczególnie gdy próbuje grać czarny charakter. Na całe szczęście nie trwało to długo, więc po prostu zapomnijmy.

Muszę zwrócić uwagę na jeden, ważny element. Ścieżka dźwiękowa. Moim zdaniem? Coś cudownego, uwielbiam utwory wykorzystywane w serialu. Oddają w odpowiedni sposób klimat danej sceny. Przyznam się, że wiele razy właśnie one doprowadziły mnie do łez. 

Co do wzruszających scen...raczej nie muszę mówić, że takowe występują? Chociaż mnie tak łatwo doprowadzić do ckliwości, że może jestem jedyną osobą, która płakała przy Shadowhunters (a na finale dostała depresji, hah). Owa produkcja wywoływała we mnie wiele emocji. Złość, smutek, współczucie. Osobiście uważam, że serial jest dobry w momencie, gdy zaczyna nam zależeć na losach bohaterów, przejmujemy się ich nieszczęściem i szczęściem oraz nie możemy się doczekać kolejnego odcinka.

Naprawdę żałuję, że nie obejrzę następnych sezonów, jestem naprawdę ciekawa w jaki sposób rozwinęliby akcję twórcy. Czuję, że teraz przez jakiś czas we wtorek będzie mi czegoś brakowało. Czy skończyło się jak powinno? Z jednej strony tak, z drugiej nie. Finał był niespodziewany, oryginalny i jednocześnie smutny. Taki, jaki posiada idealny serial. Z czystym sercem polecam ową produkcję, jednak od razu ostrzegam, że fani Darów Anioła powinni podejść do niego z ogromnym dystansem.
2

Maggie Stiefvater — Król Kruków

środa, 8 maja 2019



(...) kiedy jest się dziwną, problem polega na tym, że wszyscy inni są n o r m a l n i.


Przyznam, że na początku nie byłam zainteresowana Królem Kruków, bardziej zależało mi na drugiej serii Maggie Stiefvater Wilkołaki z Marcy Fells. Te książki kupiłam z dwóch powodów - byłam wtedy bardzo zainteresowana autorką oraz ze względu na śliczne okładki, bardzo chciałam je mieć na swojej biblioteczce. O ironio, Wilkołaki z Marcy Fells odłożyłam po przeczytaniu połowy pierwszego tomu, a Króla Kruków pokochałam całym sercem.

Jedna dziewczyna i trzech chłopaków. Blue pochodzi z rodziny wróżek, jest medium do kontaktów ze światem zmarłych. Gansey, Adam i Ronan, trzej przyjaciele w elitarnej szkoły dla chłopców, obsesyjnie poszukują tajemniczych linii mocy legendarnego Króla Kruków - Glendowera. Z ich powodu pozornie ciche i spokojne miasteczko staje się scenerią niezwykłych wydarzeń. Gdy razem z Blue trafią do magicznego lasu, gdzie czas płata figle, nic już nie będzie takie samo... 
                                                                                                                 [opis wydawnictwa]

Od dawna szukałam książek, które spełnią moje wszystkie wymagania i w końcu znalazłam. Król Kruków to niezwykła opowieść, pełna tajemnic i niespodziewanych zwrotów akcji. Autorka z każdą kolejną kartką zaskakuje czytelnika coraz bardziej - gdy jesteś przekonany, że wiesz jak to się skończy, Maggie pokazuje, że jesteś w błędzie. Za to ją uwielbiam, nie jest to monotonna historia o tym, jak bohaterowie szukają króla, na każdym kroku spotyka ich coś nowego, pojawia się nowa postać, która sprawia, że fabuła jest jeszcze ciekawsza. Ta seria naprawdę jest bardzo przemyślana i trzeba tutaj docenić kreatywność pisarki. Po przeczytaniu Wiedźmy morskiej czułam straszny zawód tym, jak autorka przedstawiła magię. Cieszę się, że Maggie nie popełniła tego samego błędu i jest to naprawdę dobrze rozwinięty motyw w tej powieści. 

Pokochałam tę serię za to, że nie jest to następna bajkowa historia, nie ma tutaj miejsca na przesłodzone chwile zakochanych czy cukierkowego świata. Nie jest to kolejna książka o super wyszkolonych wojownikach, walczących z demonami, czy podobnymi istotami. Uwielbiam ją za to, że nie brakuje tutaj krwawych momentów, mrożących krew w żyłach rytuałów, duchów oraz mrocznych tajemnic. Cenię ją sobie za to, że dzieje się to w rzeczywistym świecie - za to, że jest inna od tych wszystkich typowych książek fantasy. Bardzo podoba mi się, że autorka nawiązuje tutaj do przeszłości Walii, bardzo lubię historię, więc cieszę się, że mogłam dodatkowo dowiedzieć się czegoś nowego. 

Maggie nie zawiodła także jeśli chodzi o bohaterów. Podoba mi się, że poznajemy fabułę z perspektywy przeróżnych postaci, tych głównych, jak i pobocznych. Każda osoba ma swój własny charakter. Od dawna szukałam książki, w której postacie poboczne nie będą robiły za tło dla protagonisty. Najbardziej ze wszystkich polubiłam Ronana, Noaha i Szarego mężczyznę - każdy z nich jest inny, każdy w jakiś sposób się wyróżnia. Podoba mi się to, jak z czasem odkrywamy ich tajemnice i drugą stronę. 

Jeżeli szukacie książek fantasy, które wyłamują się ze schematu i wciągną was w swój własny, pełen magii świat, to koniecznie musicie przeczytać Króla Kruków. Ja osobiście do tej serii wrócę nie raz i na pewno na długo jej nie zapomnę. To pierwszy cykl od dawna, w który tak się wciągnęłam i pokochałam. Maggie naprawdę zrobiła kawał dobrej roboty, interesujący styl pisania autorki w połączeniu z jej kreatywnością i ciekawym pomysłem na fabułę sprawił, że nie da się nie pokochać Króla Kruków. 
1

Copyright © Szablon wykonany przez My pastel life