Shadowhunters

środa, 15 maja 2019



Love make you stronger.

Dnia 06.05.2019r. na Netflixie pojawił się ostatni odcinek trzy sezonowego serialu Shadowhunters. Każdy fan Cassandry Clare oraz Darów Anioła zapewne oglądał, a jeśli nie to słyszał o owej produkcji, gdyż właśnie na podstawie tej serii była kręcona. Od początku miałam zamiar wyrazić swoją opinię o ekranizacji losów Nocnych Łowców. W momencie, gdy dowiedziałam się, że serial będzie anulowany, postanowiłam poczekać do końca i dopiero wtedy się wypowiedzieć.

Dary Anioła to jedna z popularniejszych młodzieżowych serii i raczej nie trzeba dokładnie przybliżać tu fabuły. W skrócie, dla osób, które nigdy nie spotkały się ze światem cieni. Główną bohaterką jest Clarissa Fairchild, która pewnego dnia dowiaduje się, że w jej żyłach płynie krew Nocnych Łowców, których zadaniem jest zabijanie demonów i ratowanie świata. Oczywiście, nie brakuje tu innych nadprzyrodzonych istot. Wampiry, wilkołaki, czarownicy, czyli w powieściach typowo fantastycznych norma.

Serial był kręcony na owej fabule. Jednak czy można go porównywać z książką? Zdecydowanie nie. Dlatego skupię się tu na recenzji Shadowhunters, a może kiedyś na naszym blogu pojawi się również artykuł o serii Cassandry Clare. Wspomniałam o niej jedynie dlatego, że obie pozycje wiąże ze sobą to samo uniwersum i podobne postacie. Jeśli chodzi o fabułę...no cóż, serial nawiązuje w niektórych momentach do książek, ale głównie od nich odbiega.

Właśnie z tego powodu bardzo dużo fanów Darów Anioła nie przepada za ową produkcją. Czy słusznie? Oczywiście, jak każdy serial zdarzają mu się genialne odcinki oraz te, przy których zastanawiasz się, czemu marnujesz swój czas. Moim zdaniem, pomimo tych gorszych chwil, Shadowhunters jest warte obejrzenia. Fabuła odbiega od książek Cassandry Clare, mimo że właśnie na nich miała być wzorowana. Czy jednak jest to złe? Owszem, w niektórych momentach. Serce boli, gdy twórcy pomijają najistotniejsze elementy i wszystko zmieniają. Po przeczytaniu serii jednak masz taką myśl Dobra, wiem co mniej więcej się wydarzy, więc ten bohater na pewno nie umrze, w książce przecież żyje. A jednak. Czy te zmiany są zawsze negatywne? Muszę przyznać, że w wielu momentach podobały mi się niespodziewane zwroty akcji, pojawianie się czegoś nowego. 

Postacie. Zacznę od jednego pytania. Czy jest jakaś osoba, która obejrzała produkcję i nie pokochała Maleca? Serialowi Magnus Bane i Alec Lightwood to ideały. Ogólnie nie mam większych zastrzeżeń co do aktorów i postaci, które odgrywają, ale... No tak, jest jakieś ale. Katherine McNamara. Może nie jest jakoś tragicznie, ale genialną aktorką ona nie jest. Szczególnie gdy próbuje grać czarny charakter. Na całe szczęście nie trwało to długo, więc po prostu zapomnijmy.

Muszę zwrócić uwagę na jeden, ważny element. Ścieżka dźwiękowa. Moim zdaniem? Coś cudownego, uwielbiam utwory wykorzystywane w serialu. Oddają w odpowiedni sposób klimat danej sceny. Przyznam się, że wiele razy właśnie one doprowadziły mnie do łez. 

Co do wzruszających scen...raczej nie muszę mówić, że takowe występują? Chociaż mnie tak łatwo doprowadzić do ckliwości, że może jestem jedyną osobą, która płakała przy Shadowhunters (a na finale dostała depresji, hah). Owa produkcja wywoływała we mnie wiele emocji. Złość, smutek, współczucie. Osobiście uważam, że serial jest dobry w momencie, gdy zaczyna nam zależeć na losach bohaterów, przejmujemy się ich nieszczęściem i szczęściem oraz nie możemy się doczekać kolejnego odcinka.

Naprawdę żałuję, że nie obejrzę następnych sezonów, jestem naprawdę ciekawa w jaki sposób rozwinęliby akcję twórcy. Czuję, że teraz przez jakiś czas we wtorek będzie mi czegoś brakowało. Czy skończyło się jak powinno? Z jednej strony tak, z drugiej nie. Finał był niespodziewany, oryginalny i jednocześnie smutny. Taki, jaki posiada idealny serial. Z czystym sercem polecam ową produkcję, jednak od razu ostrzegam, że fani Darów Anioła powinni podejść do niego z ogromnym dystansem.
2

Maggie Stiefvater — Król Kruków

środa, 8 maja 2019



(...) kiedy jest się dziwną, problem polega na tym, że wszyscy inni są n o r m a l n i.


Przyznam, że na początku nie byłam zainteresowana Królem Kruków, bardziej zależało mi na drugiej serii Maggie Stiefvater Wilkołaki z Marcy Fells. Te książki kupiłam z dwóch powodów - byłam wtedy bardzo zainteresowana autorką oraz ze względu na śliczne okładki, bardzo chciałam je mieć na swojej biblioteczce. O ironio, Wilkołaki z Marcy Fells odłożyłam po przeczytaniu połowy pierwszego tomu, a Króla Kruków pokochałam całym sercem.

Jedna dziewczyna i trzech chłopaków. Blue pochodzi z rodziny wróżek, jest medium do kontaktów ze światem zmarłych. Gansey, Adam i Ronan, trzej przyjaciele w elitarnej szkoły dla chłopców, obsesyjnie poszukują tajemniczych linii mocy legendarnego Króla Kruków - Glendowera. Z ich powodu pozornie ciche i spokojne miasteczko staje się scenerią niezwykłych wydarzeń. Gdy razem z Blue trafią do magicznego lasu, gdzie czas płata figle, nic już nie będzie takie samo... 
                                                                                                                 [opis wydawnictwa]

Od dawna szukałam książek, które spełnią moje wszystkie wymagania i w końcu znalazłam. Król Kruków to niezwykła opowieść, pełna tajemnic i niespodziewanych zwrotów akcji. Autorka z każdą kolejną kartką zaskakuje czytelnika coraz bardziej - gdy jesteś przekonany, że wiesz jak to się skończy, Maggie pokazuje, że jesteś w błędzie. Za to ją uwielbiam, nie jest to monotonna historia o tym, jak bohaterowie szukają króla, na każdym kroku spotyka ich coś nowego, pojawia się nowa postać, która sprawia, że fabuła jest jeszcze ciekawsza. Ta seria naprawdę jest bardzo przemyślana i trzeba tutaj docenić kreatywność pisarki. Po przeczytaniu Wiedźmy morskiej czułam straszny zawód tym, jak autorka przedstawiła magię. Cieszę się, że Maggie nie popełniła tego samego błędu i jest to naprawdę dobrze rozwinięty motyw w tej powieści. 

Pokochałam tę serię za to, że nie jest to następna bajkowa historia, nie ma tutaj miejsca na przesłodzone chwile zakochanych czy cukierkowego świata. Nie jest to kolejna książka o super wyszkolonych wojownikach, walczących z demonami, czy podobnymi istotami. Uwielbiam ją za to, że nie brakuje tutaj krwawych momentów, mrożących krew w żyłach rytuałów, duchów oraz mrocznych tajemnic. Cenię ją sobie za to, że dzieje się to w rzeczywistym świecie - za to, że jest inna od tych wszystkich typowych książek fantasy. Bardzo podoba mi się, że autorka nawiązuje tutaj do przeszłości Walii, bardzo lubię historię, więc cieszę się, że mogłam dodatkowo dowiedzieć się czegoś nowego. 

Maggie nie zawiodła także jeśli chodzi o bohaterów. Podoba mi się, że poznajemy fabułę z perspektywy przeróżnych postaci, tych głównych, jak i pobocznych. Każda osoba ma swój własny charakter. Od dawna szukałam książki, w której postacie poboczne nie będą robiły za tło dla protagonisty. Najbardziej ze wszystkich polubiłam Ronana, Noaha i Szarego mężczyznę - każdy z nich jest inny, każdy w jakiś sposób się wyróżnia. Podoba mi się to, jak z czasem odkrywamy ich tajemnice i drugą stronę. 

Jeżeli szukacie książek fantasy, które wyłamują się ze schematu i wciągną was w swój własny, pełen magii świat, to koniecznie musicie przeczytać Króla Kruków. Ja osobiście do tej serii wrócę nie raz i na pewno na długo jej nie zapomnę. To pierwszy cykl od dawna, w który tak się wciągnęłam i pokochałam. Maggie naprawdę zrobiła kawał dobrej roboty, interesujący styl pisania autorki w połączeniu z jej kreatywnością i ciekawym pomysłem na fabułę sprawił, że nie da się nie pokochać Króla Kruków
1

Neil Gaiman — Ocean na końcu drogi

środa, 1 maja 2019


Tak naprawdę nikt nie wygląda tak, jakim jest wewnątrz. Ty nie wyglądasz. Ja nie wyglądam. Ludzie są znacznie bardziej skomplikowani. To dotyczy wszystkich.


Nie tak dawno temu recenzowałam tutaj inną książkę Neil'a Gaiman'a, mianowicie Księga Cmentarna. Z jej właśnie powodu postanowiłam sięgnąć na półkę w księgarni i zabrać ze sobą z zakupów Ocean na końcu drogi. Spodziewałam się dobrej baśni, fantastyki i wielkiego efektu Wow.

Problematykę trudno mi jest opisać w kilku zdaniach. Nie z powodu, że mało, lub nadzwyczaj dużo się tam dzieje, lecz po prostu z tego, co zapamiętałam z książki. A moja wiedza o Oceanie w momencie, gdy dopiero co skończyłam go czytać, wynosi okrągłe zero.

Zacznijmy od tego, że tytułowy Ocean wcale oceanem nie jest. Jest to nieduży, ''kaczy'' staw, którego drugi brzeg da się dostrzec gołym okiem, ale jak to mówiła Lettie- To nie jest staw, ile razy mam ci tłumaczyć. To ocean! No przypatrz się. Nie? Nie widzisz. Zamknij oczy. Otwórz. Popatrz jeszcze raz. Ocean, prawda?

Mężczyzna, którego imienia nie wymienił nikt w książce, lub po prostu znów moja spostrzegawczość zawodzi, wraca po latach w swoje rodzinne strony, gdzie spędził jakiś rozdział swojego dzieciństwa. W zasadzie to nie ma co odwiedzać domu, ponieważ został on zrównany z ziemią. Udaje się on na koniec drogi, gdzie mieściła się farma Hempstocków, gospodarstwo trzech niezwykłych kobiet, które towarzyszą nam przez większość książki. Lettie, jej matka-Ginnie i Starsza Pani Hempstock opiekowały się chłopcem, gdy przychodziła taka potrzeba. Daleko im było do normalnej rodziny (Ba, dla nich mogłaby być nawet to obraza!).

Najbardziej w pamięci pozostała mi Starsza Pani Hempstock. Pojawiała się i znikała przez cały czas. Prawdopodobnie miała kilka tysięcy lat, bo pamiętała jeszcze wiele rzeczy, których nie zrozumiałam. Ale magia mnie w niej najbardziej zainteresowała! To coś, co zawsze mnie ciągnie do postaci!

Postać, która mnie najbardziej denerwowała? Siostra chłopca. Mała zołza, która nie potrafiła przyjąć słowa odmowy. W dodatku jak domagała się uwagi! Przez ten sam fakt ją znienawidziłam.

Ocean sam w sobie może być uznany za baśń. Byłaby to ujma dla jego honoru, jeśli odebrano by mu ten przydomek; to jest pewne. Gaiman po raz kolejny pokazał, że jest pisarzem i posiada niewyobrażalną wyobraźnię, która potrafi go ponieść hen daleko... Może aż nawet za Ocean, który był stawem.

Powieść z samego początku w ogóle nie miała być powieścią. Jak mówił sam autor, miała być krótkim opowiadaniem dla przyjaciela, lecz zdecydował się opisać ją dogłębniej i stworzyć z niej kolejne swoje dzieło.

Mój gust co do książek jednak dalej skłania się w stronę Księgi Cmentarnej, która, jak już mówiłam, zachęciła mnie do kupna Oceanu. Nie powiem, opowieść była ekscytująca i napisana prostym językiem. Przypomina typową (lecz w wykonaniu Gaiman'a- nietypową) baśń. Jednak długość książki wskazuje od razu, że jest ona do przeczytania w niecały jeden wieczór.


2

Eric-Emmanuel Schmitt — Trucicielka i inne opowiadania

środa, 24 kwietnia 2019


-To wojna?-zapytał
-Ależ nie, to nasze życie.
Wydaje mi się, że tego autora nie trzeba nikomu przedstawiać, prawda? Eric-Emmanuel Schmitt jest jednym z najpopularniejszych francuskich powieściopisarzy. Jestem pewna, że każdy, kto chociaż trochę interesuje się literaturą, kojarzy Oskara i Panią Różę lub Dziecko Noego. Jeszcze nigdy nie zawiodłam się na jakiejś jego książce, więc teraz z ogromną ekscytacją i radością sięgnęłam po Trucicielkę i inne opowiadania. Na początku myślałam, że będzie to jedna historia, dopiero gdy zaczęłam czytać okazało się, że jest to po prostu zbiór czterech różnych opowiadań. Jednak czy na pewno różnych?
Nie będę opowiadała o każdej historii z osobna, postaram się skupić na cechach, które je łączą. Bohaterami są kompletnie różne od siebie postacie. W Trucicielce występuje starsza kobieta, Marie, którą wszyscy uważają za tytułową trucicielkę. Powrót opowiada historię Grega, mężczyzny, pracującego na statku, pewnego dnia tracącego dziecko. Koncert "Pamięci anioła"  przedstawia Axla i Chrisa, którzy są kilkukrotnie porównywani do biblijnych Kaina i Abla, a w Elizejskiej miłości  poznajemy pierwszą damę Francji, Catherine i jej męża prezydenta. Już od początku widać, że owe postacie nie są ze sobą związane i raczej nie występowałyby w jednej historii, dlatego cztery opowiadania Schmitta są całkowicie inne i unikatowe, przy czym jednak kierują się ku temu samemu.

Z początku, gdy się zorientowałam, że nie jest to jedna ciągła fabuła, nie byłam zadowolona i miałam ochotę odłożyć książkę. W Internecie jest podany pełny tytuł, a tutaj widziałam tylko Trucicielkę. Zazwyczaj nie przepadam za krótkimi tekstami, bo zdecydowanie zbyt długo przyzwyczajam się do bohaterów. Dobrze więc wiedziałam, że nie będę miała czasu zrobić tego przy tak krótkich opowiadaniach. Dlaczego więc ją przeczytałam? Tak jak już wspominałam, nigdy nie zawiodłam się na owym autorze, także i tym razem dałam mu szansę. Czy tego żałuję? Zdecydowanie nie.

Jak się okazało, wszystkie opowiadania okazały się cudowne (nic dziwnego, w końcu to Schmitt). Najbardziej spodobała mi się Trucicelka, wpasowywała się w moje ulubione klimaty. Mimo to, nie górowała jakoś nad pozostałymi, które deptały jej po piętach i z każdą przeczytaną stroną robiły coraz lepsze wrażenie. Jedynym ich minusem, a jednocześnie plusem było to, że się kończyły. Chciałam się nacieszyć serwowaną opowieścią, ale zanim to zdążyłam zrobić, pojawiała się kolejna. Autor nie ciągnął fabuły w nieskończoność, co wychodzi mu na pozytywne, bo pokazywał wszystko co trzeba, w sposób prosty, a jednocześnie skłaniający do refleksji i zastanawiania się co dalej?

Elementem, który je łączy są przede wszystkim postawy ludzkie. Każda z postaci zmierzyła się ze złą sytuacją na swojej drodze życiowej. Przechodziły przez to różnie, w zasadzie tak jak żywi ludzie. Nasze reakcje również nie są przewidywalne i dla każdego indywidualne. Ważnym elementem, który przewijał się w historiach, mniej lub więcej, była religia. Często powoływano postać św. Rity, głównie patronki spraw beznadziejnych i trudnych, czyli takich, które spotykały właśnie naszych bohaterów. Schmitt porusza naprawdę ciężkie tematy, z którymi nie chciałaby się zmierzyć żadna osoba. Pokazuje jakie są konsekwencje błędów, co potrafi zrobić z nami obsesja, jak cienka granica jest między miłością i nienawiścią oraz jak nie zdajemy sobie sprawy z tego, co możemy stracić.

Uwielbiam to, jak autor kreuje swoich bohaterów, są tak idealni w byciu nieidealnymi. Postacie przedstawione w opowiadaniach są prawdziwe, każdą z nich moglibyśmy spotkać na ulicy. Nie chodzi mi o to, że codziennie spotykamy żony prezydentów czy seryjne morderczynie, ale bardziej o to, że spotykamy ludzi, którzy popełniają błędy i mają w sobie ukryty mrok.

Eric-Emmanuel Schmitt jak zawsze stworzył coś genialnego i wartego polecenia. Jego powieści są takie prawdziwe i refleksyjne, wiele nas uczą. Na pewno z przyjemnością, jeśli będę miała takowa okazję, zapoznam się z kolejną książką tego autora. Teraz mogę jedynie z całego serca polecić Trucicielkę i inne opowiadania.

4

Brittainy C.Cherry – Zawsze i wszędzie

środa, 17 kwietnia 2019


Łatwo oceniać z daleka. Fajnie spojrzeć na kogoś spoza twojego świata i stworzyć sobie założenia czy osądy wobec tej osoby. Kiedy dostrzegasz czyjeś wady, w jakiś sposób możesz usprawiedliwić swoje i stwierdzić, że są mniejsze niż innych. Ale gdy przyjrzysz się bliżej, kiedy naprawdę przypatrzysz się tej osobie, dostrzeżesz wiele podobieństw. Nadzieję. Miłość. Strach. Złość. Jak popatrzysz z bliższej perspektywy, zrozumiesz, że jesteśmy bardzo podobni. Wszyscy mamy czerwoną krew i nawet serce potwora może pęknąć. Musisz tylko pamiętać, by zmienić perspektywę.


Będąc z wami szczera, przeczytałam tę książkę jedynie ze względu na konkurs, w którym biorę udział. A przynajmniej próbuje. Zawsze i wszędzie Brittainy C.Cherry w normalnych okolicznościach nigdy nie znalazłaby się na mojej półce. Nie jestem fanką powieści romantycznych, zdecydowanie wolę fantasy, scifiction i kryminały. Byłam nastawiona, że na 100% nie uda mi się w tej książce znaleźć nic pozytywnego. Romansidła nie są dla mnie – mdli mnie od tych przesłodzonych historii, dlatego najpierw podrzuciłam książkę mojej mamie, żeby wybadała teren. Ku mojemu zaskoczeniu spodobała się, więc chcąc nie chcą i ja się za nią zabrałam. 

Każdego dnia modliłam się, żeby on znów mnie pokochał. Zostawił mnie dla innej, nie wiedziałam, jak sobie z tym poradzić, jak bez niego żyć. Chciałam jedynie, by do mnie wrócił. 
Ale pojawił się Jackson Emery. To miał być tylko letni romans. Zastrzyk pozytywnej energii dla pogruchotanego serca. Byliśmy dla siebie idealni, ponieważ oboje wiedzieliśmy, że nasz romans nie potrwa zbyt długo. Jackson nie wierzył w związki, a ja straciłam wiarę w miłość. Wszystko było dobrze, aż pewnej nocy moje serce zgubiło rytm. Nie spodziewałam się, że Jackson się zaśmieje, nakłoni mnie do zwierzeń, przegna mój smutek. Kiedy nasz wspólny czas dobiegł końca, moje serce nie potrafiło zapomnieć. Prosiłam o jeszcze jeden uśmiech, kolejny pocałunek, następny dotyk… Wznosiłam modły, by Jackson mógł być mój, nawet jeśli wiedziałam, że jego przeznaczeniem nie była miłość.
                                   [opis wydawnictwa]

Przyznam szczerze, że historia jest dość oklepana. Grzeczna dziewczyna i zły chłopak, niczym Piękna i Bestia, tylko, że to ona była księżniczką, a on – jak to lubili go nazywać mieszkańcy – zwykłym lumpem. Ot co zwykła historia miłosna i to dość przewidywalna. Fabuła zaskoczyła mnie jeden, jedyny raz pod prawie sam koniec. Reszta to powielane motywy jak w większości tego typu powieściach. Jednak za tym ogólnym, banalnym zarysem romantycznej historii dwóch osób kryje się coś więcej. Historia kobiety, która poroniła – nie raz, a kilka. Kobiety, która została zdradzona przez męża i najlepszą przyjaciółkę. Kobiety zniszczonej. A także historia mężczyzny zranionego przez życie. W jego duszy zamieszkał mrok, a serce dawno umarło. Mieszkańcy nazywali go potworem... A jemu to odpowiadało, sam kreował taki wizerunek. Odrzucony przez społeczeństwo. Jednym słowem – dupek. Ale czy na pewno? 

Było coś, co zauroczyło mnie w tej książce. Autorka w na pozór banalnej fabule, niesamowicie przekazała najważniejsze wartości – co sprawiło, że była mniej oklepana i  naprawdę miło mi się ją czytało (mimo, iż od tych ckliwych momentów, mnie mdliło), sprawiła, że książka na długo zostanie w mojej pamięci i stanie się dla mnie kopalnią cytatów. 

Autorka pokazuje nam, jak łatwo przychodzi nam ocenianie innych. Jak szybko stajemy się czyjąś marionetką i tracimy siebie. Jak ważne jest, żeby w świecie pełnym fałszu pozostać sobą i jak odnaleźć swoje prawdziwe oblicze. Jak często dostosowujemy się do innych, ponieważ boimy się postawić. Boimy się żyć pełnią życia. Ukrywamy ból przed innymi i zakładamy maskę, która jest dla nas wygodna. Jednak czasami maska spada... A my w końcu możemy ukazać, co naprawdę czujemy. I, że w każdym człowieku – nawet tym najpodlejszym – jest coś dobrego, tylko musimy spojrzeć na niego z innej perspektywy.

Oprócz tego, pokazuje jak duży wpływ ma na nas inny człowiek. Jak jedna osoba może obrócić całe dotychczasowe życie o 360 stopni. Często nie potrzeba nam zbędnych słów, aby nas pocieszyć... Wystarczy sama obecność. Pokazuje nam również, jak samotność i sam strach przed zostaniem samym może zmienić człowieka. 

Tematy, które poruszyła nie są łatwe do przedstawienia. Jednak Brittainy bardzo dobrze odzwierciedliła uczucia, które towarzyszyły bohaterom i niechętnie się przyznaje, ale były momenty, że w oczach miałam łzy. Zdrada, złamane serce, zazdrość, bezsilność, miłość, przyjaźń... Autorka wszystko pięknie pokazała. 

Co do samych postaci... Czytając powieść, wzbudzały w czytelniku różne emocje. Raz ich się nienawidziło, a za chwilę uwielbiało, żeby potem znowu ich znienawidzić. Grace – kobieta, która była marionetką w rękach innych – do chwili, aż odnalazła siebie. Pokazała, że można podnieść się z najgłębszego dna. Jackson – miejscowy potwór, bad boy, syn alkoholika – znienawidzony przez całe miasteczko. Od niego można nauczyć się najwięcej. Na jego przykładzie autorka pokazuje, jak nasze oceny, bez poznania historii danej osoby, mogą ranić innych. Josie – dziewczyna, która nie bała się być inna pośród tłumu fałszywych osób, postrzegała świat z innej perspektywy. Udowodniła, że prawdziwa przyjaźń istnieje. Judy – siostra Grace, wspaniała osóbka, pełna współczucia i zrozumienia. Jako jedyna z rodziny nie potępiała decyzji Grace, tylko ją wspierała. Każda z postaci uczyła nas czegoś innego, pokazywała, że wszyscy mamy swoje dwa oblicza i tylko od nas zależy, które pokażemy światu. 

Mieszkańcy Chester to tłum fałszywych osób, niby są życzliwi a plotkują o każdym za plecami. Nie interesuje ich co się dzieje poza ich społecznością. I niestety takich ludzi można spotkać w wielu małych miasteczkach w każdym kraju. Bardziej interesuje ich rozpowiadanie kłamstw na czyiś temat, niż to co naprawdę jest ważne. Ci z pozoru życzliwi i wierzący ludzie żerują niczym hieny na najmniejszych błędach. Są tacy, ponieważ również są zniszczeni, jak Grace – tylko lepiej to ukrywają. I bardzo dobrze to widać na przykładzie rodziców Grace. Przez prawie całą książę nienawidziłam matkę dziewczyny, była okropna – jednak autorka znowu tutaj pokazała, że jeśli spojrzymy na kogoś z innej perspektywy, może nas zaskoczyć. 

Czy poleciłabym tę książkę? Oczywiście, z całego serca. Mimo, iż jest to gatunek, po który sięgam raz w roku... Naprawdę pokochałam tą książkę i polecam ją serdecznie każdemu – wiele można z niej wyciągnąć wniosków. I na pewno wrócę do niej jeszcze kiedyś, żeby przypomnieć sobie, to czego się nauczyłam od autorki. 
2

A Series of Unfortunate Events

środa, 10 kwietnia 2019


Przyszedł na plażę, jakby nigdy nic, powiedział parę słów- i na zawsze odmienił ich życie.

 W ostatnim czasie miałam okazje przejrzeć Netflixa w poszukiwaniu ciekawych, nowych produkcji, które mogłabym obejrzeć i wciągnąć się w przedstawiony świat. Przeszukując, wertując, wpadłam na Serię Niefortunnych Zdarzeń, jednak w formie serialu, co mnie lekko zdziwiło. Pamiętam, że gdy byłam małym dzieckiem wraz z siostrą siadałyśmy i oglądałyśmy produkcję o takiej nazwie, lecz był to krótki film. Teraz wiem, ile rzeczy on ominął.

Kilka lat później, gdy moja biblioteka była już trochę pokaźna, moja polonistka
i bibliotekarka zamówiła kilka książek i niektóre wystawiła do sprzedania uczniom, którzy mogliby być zainteresowani. Wtedy ujrzałam jedną z kilku części serii, niestety, nie była to pierwsza część. Dorwałam Ogromne Okno, które w sadze znajdowało się gdzieś pośrodku. W ten sposób po wielu latach moja miłość do tej sagi obudziła się i przypomniałam sobie  ten tytuł.

Wracając do serialu, oglądając produkcję Netflixa, mimo, iż wciągnęłam się w historię Baudelaire'ów, to ta opowieść wydawała mi się zbyt... rozwlekła? Oczywiście to nawet lepiej, niż skrócona wersja filmu, ale nie mam niestety porównania do serii książek, żeby odwołać się co do długości.

Mimo swojej rozciągłości, serial dalej był interesujący.

Cała akcja rozpoczyna się od nieszczęśliwego pożaru willi Baudelaire'ów, w wyniku którego giną rodzice Wioletki, Klausa i Słoneczka. Nie dość, że sieroty muszą radzić sobie z niełaskawym losem, trafiając na bankiera, który próbuje im znaleźć dom (nieudolnie, ponieważ w sumie głównie robi to ze względu na swoje interesy), to jeszcze poluje na nich... Hm, ''wuj''? W każdym razie, baaardzo daleki krewny, który czyha na ich majątek.

Hrabia Olaf (Neil Patrick Harris), w sumie znienawidzony przeze mnie bohater, stary kawaler, ze swoją grupą aktorów z naprawdę kostiumami... Po prostu mwah! (Ironia zionie na kilometr). Aż mnie boli, jak zrobili niektórych bohaterów nieświadomych jego tożsamości, mimo tylko zmiany peruki. To bolało mocno. W każdym razie, przez trzy sezony Hrabia poluje na dzieci, chcąc zdobyć ich majątek najróżniejszymi sposobami. Nie obawia się nawet największych zbrodni.





Moi ulubieni bohaterowie? Zdecydowanie Słoneczko Baudelair (Presley Smith); kilkuletnia dziewczynka, wykreowana na osobę z dużym mózgiem, świetnymi pomysłami i bardzo przydatnymi ostrymi zębami... Pomińmy fakt, że tych zębów miała dwa. Poza tym- Klaus Baudelair (Louis Hynes), oczytany czternastolatek, który wie aż nadto o rzeczach, które normalnemu człowiekowi by się nie przydały. 

Pomijając Baudelair'ów- Moje serce skradły mocno trojaczki; Duncan, Quigley i Izadora Bagienni (Avi Lake i Dylan Kingwell). Byli bardzo podobni do głównych bohaterów, lecz jednocześnie tak odmienni, że nie dało się ich nie lubić.

Soundtrack to coś, co do tej pory gra mi momentami w głowie. Głównie na sprawdzianach z matematyki, gdy mam problem ze skupieniem się. Mimo, że nie mam zbytnio o czym napisać w tym akapicie, to piosenka That's not how the story goes będzie w moim serduszku zawsze. Utwory, które zostały umieszczone w tym serialu doskonale podkreślają powagę sytuacji, przerażenie bohaterów czy żarty wypowiedziane przez nich. 

Jednak nie mogę wymieniać samych plusów o tym serialu, bo byłoby to zbyt nudne, nieprawdaż? Mimo, iż tragedia, która ciągnęła się przez te wszystkie sezony, miała być podkreślona przez przyciemnioną kolorystykę, to prawie czarno-biały ekran mnie bolał.

Drugim i chyba ostatnim minusem, przynajmniej jak dla mnie, był motyw edukacyjny
w serialu. Nadawało to klimatu; owszem. Uczyło trudniejszych aforyzmów i słów? Oczywiście. Ale szlag mnie trafiał po prostu, gdy w scenariuszu znalazło się pół minuty, minuta, na wyjaśnienie znaczenia słowa wspólnik.

Podsumowując; myślę, że Seria Niefortunnych Zdarzeń to jeden z najlepszych seriali, jakie do tej pory widziałam, i jeden z tych, które pochłonęłam w rekordowej szybkości (Nie licząc 6 sezonów Dr House'a, które wciągnęłam w trzy tygodnie...). Urzekł mnie fabułą
i postaciami oraz soundtrackiem. I może chodzi tu o sentyment z dzieciństwa, lecz dalej myślę, że zostanie on w moim serduszku na zawsze.
 
1

Sarah Henning — Wiedźma Morska

środa, 3 kwietnia 2019



Widząc Morską wiedźmę w Zapowiedziach na stronie empiku wiedziałam, że muszę ją mieć. Cierpliwie czekałam na jej premierę i tak oto trafiła w końcu na moją półkę. Jestem wielką fanką fantastyki oraz historii związanych z czarownicami, więc wydawała się to powieść idealna dla mnie. Jednak muszę przyznać, że strasznie się rozczarowałam. Spodziewałam się po niej czegoś więcej.

Powieść jest o trójce przyjaciół: następcy tronu  Niku, dziewczynie obdarzonej magicznymi mocami  Evie oraz Annie, która utonęła. Evie musi ukrywać przed wszystkimi  nawet przed przyjaciółmi - swoje umiejętności. Osoby takie jak ona nie są mile widziane w Havnestadzie. Po śmierci przyjaciółki Evie była załamana, odizolowała się od świata. Udało jej się wyjść z tego stanu dzięki Nikowi, który po tej tragedii stał się jej bliższy. Nie wszyscy pochwalali ich relacje przez różnice w ich pochodzeniu, lecz im to nie przeszkadzało. Podobnie jak kuzynowi Nika  Ikerowi, który stara się o serce Evie... Jednak czy intencje księcia znanego z miłosnych podbojów są szczere?
Pewnego dnia Evie spotyka dziewczynę podobną do jej zmarłej przyjaciółki Anny... Ale czy na pewno martwej? 

Bardzo spodobał mi się pomysł na historię, jednak pojawia się tutaj wiele motywów, które niestety ją psują. Widać tu wiele nawiązań do bajek, w szczególności do Małej syrenki. Wygląd wiedźmy morskiej przypominający Urszulę, opisane życie Anny po "utonięciu" przypomina podwodne życie Arielki. Zabranie głosu młodej syrenie w zamian za nogi, aby mogła spotkać się ze swoim ukochanym księciem... Można powiedzieć, że jest to właśnie historia o tym jak "powstała" Urszula. Najbardziej boli mnie tutaj motyw baśniowego pocałunku prawdziwej miłości. Bardziej oklepanego motywu nie można już było dać... Nie czepiałabym się, gdyby właśnie taki cel miała autorka – pokazanie powstania czarnego charakteru – jednak nie znalazłam w książce o tym wzmianki. Jednak jeżeli zapomni się na chwilę o tych nawiązaniach... Jest to dobra książka (jednak momentami nudna), która mówi o przyjaźni, miłości, poświęceniu, a także zemście.

Oprócz ciekawego pomysłu, podobają mi się tutaj wtrącenia wydarzeń z przeszłości. Są bardzo dobrze wplecione w fabułę i wiele czytelnikowi wyjaśniają. Na plus także przemawia styl autorki, dzięki któremu książkę czytało mi się mimo wszystko przyjemnie. Nie była ciężka i nie męczyłam się z nią za długo.  

Bardzo zawiodła mnie "magia" w tej powieści. Liczyłam, że Henning wykaże się tutaj większą kreatywnością, finalnie okazała się jednym, wielkim rozczarowaniem. Wywołanie burzy? Wyczarowywanie sukienek? Błagam, litości... Już w niektórych bajkach dla dzieci jest to bardziej rozwinięte niż w tej książce.  

W większości poboczni bohaterowie są dla mnie pozbawieni sensu. Jedyną postacią, którą mogłabym wyróżnić, która chociaż trochę zasłużyła na odrobinę sympatii, była ciotka Hansa. Co do głównych postaci... Jak na początku lubiłam Evie czy Ikera, to z każdą kolejną stroną tej sympatii ubywało. Evie okazała się być strasznie naiwna i głupia, a Iker... Do niego to brak mi słów... Do Nika od początku do końca podchodziłam neutralnie, jak dla mnie nie wyróżniał się niczym od innych, a Anna... Jej się po prostu nie da lubić.

Jeżeli komuś podobają się nawiązania do starych bajek, to książka na 100% zwrócić jego uwagę w sposób pozytywny. Mi nie przypadła do gustu z tego względu, że spodziewałam się po niej czegoś innego... Nie bajkowej opowieści, tylko historii o prawdziwej, morskiej wiedźmie, siejącej spustoszenie na głębokich wodach, budząca postrach wśród marynarzy... A przede wszystkim oczekiwałam więcej magii, ciekawych zaklęć – nie takiej jak została tutaj przedstawiona. Gdyby autorka odeszła od Małej syrenki, dała się ponieść kreatywności i popracowała trochę nad charakterami postaci książka byłaby wspaniała.
1

Copyright © Szablon wykonany przez My pastel life