Eric-Emmanuel Schmitt — Trucicielka i inne opowiadania

środa, 24 kwietnia 2019


-To wojna?-zapytał
-Ależ nie, to nasze życie.
Wydaje mi się, że tego autora nie trzeba nikomu przedstawiać, prawda? Eric-Emmanuel Schmitt jest jednym z najpopularniejszych francuskich powieściopisarzy. Jestem pewna, że każdy, kto chociaż trochę interesuje się literaturą, kojarzy Oskara i Panią Różę lub Dziecko Noego. Jeszcze nigdy nie zawiodłam się na jakiejś jego książce, więc teraz z ogromną ekscytacją i radością sięgnęłam po Trucicielkę i inne opowiadania. Na początku myślałam, że będzie to jedna historia, dopiero gdy zaczęłam czytać okazało się, że jest to po prostu zbiór czterech różnych opowiadań. Jednak czy na pewno różnych?
Nie będę opowiadała o każdej historii z osobna, postaram się skupić na cechach, które je łączą. Bohaterami są kompletnie różne od siebie postacie. W Trucicielce występuje starsza kobieta, Marie, którą wszyscy uważają za tytułową trucicielkę. Powrót opowiada historię Grega, mężczyzny, pracującego na statku, pewnego dnia tracącego dziecko. Koncert "Pamięci anioła"  przedstawia Axla i Chrisa, którzy są kilkukrotnie porównywani do biblijnych Kaina i Abla, a w Elizejskiej miłości  poznajemy pierwszą damę Francji, Catherine i jej męża prezydenta. Już od początku widać, że owe postacie nie są ze sobą związane i raczej nie występowałyby w jednej historii, dlatego cztery opowiadania Schmitta są całkowicie inne i unikatowe, przy czym jednak kierują się ku temu samemu.

Z początku, gdy się zorientowałam, że nie jest to jedna ciągła fabuła, nie byłam zadowolona i miałam ochotę odłożyć książkę. W Internecie jest podany pełny tytuł, a tutaj widziałam tylko Trucicielkę. Zazwyczaj nie przepadam za krótkimi tekstami, bo zdecydowanie zbyt długo przyzwyczajam się do bohaterów. Dobrze więc wiedziałam, że nie będę miała czasu zrobić tego przy tak krótkich opowiadaniach. Dlaczego więc ją przeczytałam? Tak jak już wspominałam, nigdy nie zawiodłam się na owym autorze, także i tym razem dałam mu szansę. Czy tego żałuję? Zdecydowanie nie.

Jak się okazało, wszystkie opowiadania okazały się cudowne (nic dziwnego, w końcu to Schmitt). Najbardziej spodobała mi się Trucicelka, wpasowywała się w moje ulubione klimaty. Mimo to, nie górowała jakoś nad pozostałymi, które deptały jej po piętach i z każdą przeczytaną stroną robiły coraz lepsze wrażenie. Jedynym ich minusem, a jednocześnie plusem było to, że się kończyły. Chciałam się nacieszyć serwowaną opowieścią, ale zanim to zdążyłam zrobić, pojawiała się kolejna. Autor nie ciągnął fabuły w nieskończoność, co wychodzi mu na pozytywne, bo pokazywał wszystko co trzeba, w sposób prosty, a jednocześnie skłaniający do refleksji i zastanawiania się co dalej?

Elementem, który je łączy są przede wszystkim postawy ludzkie. Każda z postaci zmierzyła się ze złą sytuacją na swojej drodze życiowej. Przechodziły przez to różnie, w zasadzie tak jak żywi ludzie. Nasze reakcje również nie są przewidywalne i dla każdego indywidualne. Ważnym elementem, który przewijał się w historiach, mniej lub więcej, była religia. Często powoływano postać św. Rity, głównie patronki spraw beznadziejnych i trudnych, czyli takich, które spotykały właśnie naszych bohaterów. Schmitt porusza naprawdę ciężkie tematy, z którymi nie chciałaby się zmierzyć żadna osoba. Pokazuje jakie są konsekwencje błędów, co potrafi zrobić z nami obsesja, jak cienka granica jest między miłością i nienawiścią oraz jak nie zdajemy sobie sprawy z tego, co możemy stracić.

Uwielbiam to, jak autor kreuje swoich bohaterów, są tak idealni w byciu nieidealnymi. Postacie przedstawione w opowiadaniach są prawdziwe, każdą z nich moglibyśmy spotkać na ulicy. Nie chodzi mi o to, że codziennie spotykamy żony prezydentów czy seryjne morderczynie, ale bardziej o to, że spotykamy ludzi, którzy popełniają błędy i mają w sobie ukryty mrok.

Eric-Emmanuel Schmitt jak zawsze stworzył coś genialnego i wartego polecenia. Jego powieści są takie prawdziwe i refleksyjne, wiele nas uczą. Na pewno z przyjemnością, jeśli będę miała takowa okazję, zapoznam się z kolejną książką tego autora. Teraz mogę jedynie z całego serca polecić Trucicielkę i inne opowiadania.

4

Brittainy C.Cherry – Zawsze i wszędzie

środa, 17 kwietnia 2019


Łatwo oceniać z daleka. Fajnie spojrzeć na kogoś spoza twojego świata i stworzyć sobie założenia czy osądy wobec tej osoby. Kiedy dostrzegasz czyjeś wady, w jakiś sposób możesz usprawiedliwić swoje i stwierdzić, że są mniejsze niż innych. Ale gdy przyjrzysz się bliżej, kiedy naprawdę przypatrzysz się tej osobie, dostrzeżesz wiele podobieństw. Nadzieję. Miłość. Strach. Złość. Jak popatrzysz z bliższej perspektywy, zrozumiesz, że jesteśmy bardzo podobni. Wszyscy mamy czerwoną krew i nawet serce potwora może pęknąć. Musisz tylko pamiętać, by zmienić perspektywę.


Będąc z wami szczera, przeczytałam tę książkę jedynie ze względu na konkurs, w którym biorę udział. A przynajmniej próbuje. Zawsze i wszędzie Brittainy C.Cherry w normalnych okolicznościach nigdy nie znalazłaby się na mojej półce. Nie jestem fanką powieści romantycznych, zdecydowanie wolę fantasy, sci–fiction i kryminały. Byłam nastawiona, że na 100% nie uda mi się w tej książce znaleźć nic pozytywnego. Romansidła nie są dla mnie – mdli mnie od tych przesłodzonych historii, dlatego najpierw podrzuciłam książkę mojej mamie, żeby wybadała teren. Ku mojemu zaskoczeniu spodobała się, więc chcąc nie chcą i ja się za nią zabrałam. 

Każdego dnia modliłam się, żeby on znów mnie pokochał. Zostawił mnie dla innej, nie wiedziałam, jak sobie z tym poradzić, jak bez niego żyć. Chciałam jedynie, by do mnie wrócił. 
Ale pojawił się Jackson Emery. To miał być tylko letni romans. Zastrzyk pozytywnej energii dla pogruchotanego serca. Byliśmy dla siebie idealni, ponieważ oboje wiedzieliśmy, że nasz romans nie potrwa zbyt długo. Jackson nie wierzył w związki, a ja straciłam wiarę w miłość. Wszystko było dobrze, aż pewnej nocy moje serce zgubiło rytm. Nie spodziewałam się, że Jackson się zaśmieje, nakłoni mnie do zwierzeń, przegna mój smutek. Kiedy nasz wspólny czas dobiegł końca, moje serce nie potrafiło zapomnieć. Prosiłam o jeszcze jeden uśmiech, kolejny pocałunek, następny dotyk… Wznosiłam modły, by Jackson mógł być mój, nawet jeśli wiedziałam, że jego przeznaczeniem nie była miłość.
                                   [opis wydawnictwa]

Przyznam szczerze, że historia jest dość oklepana. Grzeczna dziewczyna i zły chłopak, niczym Piękna i Bestia, tylko, że to ona była księżniczką, a on – jak to lubili go nazywać mieszkańcy – zwykłym lumpem. Ot co zwykła historia miłosna i to dość przewidywalna. Fabuła zaskoczyła mnie jeden, jedyny raz pod prawie sam koniec. Reszta to powielane motywy jak w większości tego typu powieściach. Jednak za tym ogólnym, banalnym zarysem romantycznej historii dwóch osób kryje się coś więcej. Historia kobiety, która poroniła – nie raz, a kilka. Kobiety, która została zdradzona przez męża i najlepszą przyjaciółkę. Kobiety zniszczonej. A także historia mężczyzny zranionego przez życie. W jego duszy zamieszkał mrok, a serce dawno umarło. Mieszkańcy nazywali go potworem... A jemu to odpowiadało, sam kreował taki wizerunek. Odrzucony przez społeczeństwo. Jednym słowem – dupek. Ale czy na pewno? 

Było coś, co zauroczyło mnie w tej książce. Autorka w na pozór banalnej fabule, niesamowicie przekazała najważniejsze wartości – co sprawiło, że była mniej oklepana i  naprawdę miło mi się ją czytało (mimo, iż od tych ckliwych momentów, mnie mdliło), sprawiła, że książka na długo zostanie w mojej pamięci i stanie się dla mnie kopalnią cytatów. 

Autorka pokazuje nam, jak łatwo przychodzi nam ocenianie innych. Jak szybko stajemy się czyjąś marionetką i tracimy siebie. Jak ważne jest, żeby w świecie pełnym fałszu pozostać sobą i jak odnaleźć swoje prawdziwe oblicze. Jak często dostosowujemy się do innych, ponieważ boimy się postawić. Boimy się żyć pełnią życia. Ukrywamy ból przed innymi i zakładamy maskę, która jest dla nas wygodna. Jednak czasami maska spada... A my w końcu możemy ukazać, co naprawdę czujemy. I, że w każdym człowieku – nawet tym najpodlejszym – jest coś dobrego, tylko musimy spojrzeć na niego z innej perspektywy.

Oprócz tego, pokazuje jak duży wpływ ma na nas inny człowiek. Jak jedna osoba może obrócić całe dotychczasowe życie o 360 stopni. Często nie potrzeba nam zbędnych słów, aby nas pocieszyć... Wystarczy sama obecność. Pokazuje nam również, jak samotność i sam strach przed zostaniem samym może zmienić człowieka. 

Tematy, które poruszyła nie są łatwe do przedstawienia. Jednak Brittainy bardzo dobrze odzwierciedliła uczucia, które towarzyszyły bohaterom i niechętnie się przyznaje, ale były momenty, że w oczach miałam łzy. Zdrada, złamane serce, zazdrość, bezsilność, miłość, przyjaźń... Autorka wszystko pięknie pokazała. 

Co do samych postaci... Czytając powieść, wzbudzały w czytelniku różne emocje. Raz ich się nienawidziło, a za chwilę uwielbiało, żeby potem znowu ich znienawidzić. Grace – kobieta, która była marionetką w rękach innych – do chwili, aż odnalazła siebie. Pokazała, że można podnieść się z najgłębszego dna. Jackson – miejscowy potwór, bad boy, syn alkoholika – znienawidzony przez całe miasteczko. Od niego można nauczyć się najwięcej. Na jego przykładzie autorka pokazuje, jak nasze oceny, bez poznania historii danej osoby, mogą ranić innych. Josie – dziewczyna, która nie bała się być inna pośród tłumu fałszywych osób, postrzegała świat z innej perspektywy. Udowodniła, że prawdziwa przyjaźń istnieje. Judy – siostra Grace, wspaniała osóbka, pełna współczucia i zrozumienia. Jako jedyna z rodziny nie potępiała decyzji Grace, tylko ją wspierała. Każda z postaci uczyła nas czegoś innego, pokazywała, że wszyscy mamy swoje dwa oblicza i tylko od nas zależy, które pokażemy światu. 

Mieszkańcy Chester to tłum fałszywych osób, niby są życzliwi a plotkują o każdym za plecami. Nie interesuje ich co się dzieje poza ich społecznością. I niestety takich ludzi można spotkać w wielu małych miasteczkach w każdym kraju. Bardziej interesuje ich rozpowiadanie kłamstw na czyiś temat, niż to co naprawdę jest ważne. Ci z pozoru życzliwi i wierzący ludzie żerują niczym hieny na najmniejszych błędach. Są tacy, ponieważ również są zniszczeni, jak Grace – tylko lepiej to ukrywają. I bardzo dobrze to widać na przykładzie rodziców Grace. Przez prawie całą książę nienawidziłam matkę dziewczyny, była okropna – jednak autorka znowu tutaj pokazała, że jeśli spojrzymy na kogoś z innej perspektywy, może nas zaskoczyć. 

Czy poleciłabym tę książkę? Oczywiście, z całego serca. Mimo, iż jest to gatunek, po który sięgam raz w roku... Naprawdę pokochałam tą książkę i polecam ją serdecznie każdemu – wiele można z niej wyciągnąć wniosków. I na pewno wrócę do niej jeszcze kiedyś, żeby przypomnieć sobie, to czego się nauczyłam od autorki. 
2

A Series of Unfortunate Events

środa, 10 kwietnia 2019


Przyszedł na plażę, jakby nigdy nic, powiedział parę słów- i na zawsze odmienił ich życie.

 W ostatnim czasie miałam okazje przejrzeć Netflixa w poszukiwaniu ciekawych, nowych produkcji, które mogłabym obejrzeć i wciągnąć się w przedstawiony świat. Przeszukując, wertując, wpadłam na Serię Niefortunnych Zdarzeń, jednak w formie serialu, co mnie lekko zdziwiło. Pamiętam, że gdy byłam małym dzieckiem wraz z siostrą siadałyśmy i oglądałyśmy produkcję o takiej nazwie, lecz był to krótki film. Teraz wiem, ile rzeczy on ominął.

Kilka lat później, gdy moja biblioteka była już trochę pokaźna, moja polonistka
i bibliotekarka zamówiła kilka książek i niektóre wystawiła do sprzedania uczniom, którzy mogliby być zainteresowani. Wtedy ujrzałam jedną z kilku części serii, niestety, nie była to pierwsza część. Dorwałam Ogromne Okno, które w sadze znajdowało się gdzieś pośrodku. W ten sposób po wielu latach moja miłość do tej sagi obudziła się i przypomniałam sobie  ten tytuł.

Wracając do serialu, oglądając produkcję Netflixa, mimo, iż wciągnęłam się w historię Baudelaire'ów, to ta opowieść wydawała mi się zbyt... rozwlekła? Oczywiście to nawet lepiej, niż skrócona wersja filmu, ale nie mam niestety porównania do serii książek, żeby odwołać się co do długości.

Mimo swojej rozciągłości, serial dalej był interesujący.

Cała akcja rozpoczyna się od nieszczęśliwego pożaru willi Baudelaire'ów, w wyniku którego giną rodzice Wioletki, Klausa i Słoneczka. Nie dość, że sieroty muszą radzić sobie z niełaskawym losem, trafiając na bankiera, który próbuje im znaleźć dom (nieudolnie, ponieważ w sumie głównie robi to ze względu na swoje interesy), to jeszcze poluje na nich... Hm, ''wuj''? W każdym razie, baaardzo daleki krewny, który czyha na ich majątek.

Hrabia Olaf (Neil Patrick Harris), w sumie znienawidzony przeze mnie bohater, stary kawaler, ze swoją grupą aktorów z naprawdę kostiumami... Po prostu mwah! (Ironia zionie na kilometr). Aż mnie boli, jak zrobili niektórych bohaterów nieświadomych jego tożsamości, mimo tylko zmiany peruki. To bolało mocno. W każdym razie, przez trzy sezony Hrabia poluje na dzieci, chcąc zdobyć ich majątek najróżniejszymi sposobami. Nie obawia się nawet największych zbrodni.





Moi ulubieni bohaterowie? Zdecydowanie Słoneczko Baudelair (Presley Smith); kilkuletnia dziewczynka, wykreowana na osobę z dużym mózgiem, świetnymi pomysłami i bardzo przydatnymi ostrymi zębami... Pomińmy fakt, że tych zębów miała dwa. Poza tym- Klaus Baudelair (Louis Hynes), oczytany czternastolatek, który wie aż nadto o rzeczach, które normalnemu człowiekowi by się nie przydały. 

Pomijając Baudelair'ów- Moje serce skradły mocno trojaczki; Duncan, Quigley i Izadora Bagienni (Avi Lake i Dylan Kingwell). Byli bardzo podobni do głównych bohaterów, lecz jednocześnie tak odmienni, że nie dało się ich nie lubić.

Soundtrack to coś, co do tej pory gra mi momentami w głowie. Głównie na sprawdzianach z matematyki, gdy mam problem ze skupieniem się. Mimo, że nie mam zbytnio o czym napisać w tym akapicie, to piosenka That's not how the story goes będzie w moim serduszku zawsze. Utwory, które zostały umieszczone w tym serialu doskonale podkreślają powagę sytuacji, przerażenie bohaterów czy żarty wypowiedziane przez nich. 

Jednak nie mogę wymieniać samych plusów o tym serialu, bo byłoby to zbyt nudne, nieprawdaż? Mimo, iż tragedia, która ciągnęła się przez te wszystkie sezony, miała być podkreślona przez przyciemnioną kolorystykę, to prawie czarno-biały ekran mnie bolał.

Drugim i chyba ostatnim minusem, przynajmniej jak dla mnie, był motyw edukacyjny
w serialu. Nadawało to klimatu; owszem. Uczyło trudniejszych aforyzmów i słów? Oczywiście. Ale szlag mnie trafiał po prostu, gdy w scenariuszu znalazło się pół minuty, minuta, na wyjaśnienie znaczenia słowa wspólnik.

Podsumowując; myślę, że Seria Niefortunnych Zdarzeń to jeden z najlepszych seriali, jakie do tej pory widziałam, i jeden z tych, które pochłonęłam w rekordowej szybkości (Nie licząc 6 sezonów Dr House'a, które wciągnęłam w trzy tygodnie...). Urzekł mnie fabułą
i postaciami oraz soundtrackiem. I może chodzi tu o sentyment z dzieciństwa, lecz dalej myślę, że zostanie on w moim serduszku na zawsze.
 
1

Sarah Henning — Wiedźma Morska

środa, 3 kwietnia 2019



Widząc Morską wiedźmę w Zapowiedziach na stronie empiku wiedziałam, że muszę ją mieć. Cierpliwie czekałam na jej premierę i tak oto trafiła w końcu na moją półkę. Jestem wielką fanką fantastyki oraz historii związanych z czarownicami, więc wydawała się to powieść idealna dla mnie. Jednak muszę przyznać, że strasznie się rozczarowałam. Spodziewałam się po niej czegoś więcej.

Powieść jest o trójce przyjaciół: następcy tronu – Niku, dziewczynie obdarzonej magicznymi mocami – Evie oraz Annie, która utonęła. Evie musi ukrywać przed wszystkimi – nawet przed przyjaciółmi - swoje umiejętności. Osoby takie jak ona nie są mile widziane w Havnestadzie. Po śmierci przyjaciółki Evie była załamana, odizolowała się od świata. Udało jej się wyjść z tego stanu dzięki Nikowi, który po tej tragedii stał się jej bliższy. Nie wszyscy pochwalali ich relacje przez różnice w ich pochodzeniu, lecz im to nie przeszkadzało. Podobnie jak kuzynowi Nika – Ikerowi, który stara się o serce Evie... Jednak czy intencje księcia znanego z miłosnych podbojów są szczere?
Pewnego dnia Evie spotyka dziewczynę podobną do jej zmarłej przyjaciółki Anny... Ale czy na pewno martwej? 

Bardzo spodobał mi się pomysł na historię, jednak pojawia się tutaj wiele motywów, które niestety ją psują. Widać tu wiele nawiązań do bajek, w szczególności do Małej syrenki. Wygląd wiedźmy morskiej przypominający Urszulę, opisane życie Anny po "utonięciu" przypomina podwodne życie Arielki. Zabranie głosu młodej syrenie w zamian za nogi, aby mogła spotkać się ze swoim ukochanym księciem... Można powiedzieć, że jest to właśnie historia o tym jak "powstała" Urszula. Najbardziej boli mnie tutaj motyw baśniowego pocałunku prawdziwej miłości. Bardziej oklepanego motywu nie można już było dać... Nie czepiałabym się, gdyby właśnie taki cel miała autorka – pokazanie powstania czarnego charakteru – jednak nie znalazłam w książce o tym wzmianki. Jednak jeżeli zapomni się na chwilę o tych nawiązaniach... Jest to dobra książka (jednak momentami nudna), która mówi o przyjaźni, miłości, poświęceniu, a także zemście.

Oprócz ciekawego pomysłu, podobają mi się tutaj wtrącenia wydarzeń z przeszłości. Są bardzo dobrze wplecione w fabułę i wiele czytelnikowi wyjaśniają. Na plus także przemawia styl autorki, dzięki któremu książkę czytało mi się mimo wszystko przyjemnie. Nie była ciężka i nie męczyłam się z nią za długo.  

Bardzo zawiodła mnie "magia" w tej powieści. Liczyłam, że Henning wykaże się tutaj większą kreatywnością, finalnie okazała się jednym, wielkim rozczarowaniem. Wywołanie burzy? Wyczarowywanie sukienek? Błagam, litości... Już w niektórych bajkach dla dzieci jest to bardziej rozwinięte niż w tej książce.  

W większości poboczni bohaterowie są dla mnie pozbawieni sensu. Jedyną postacią, którą mogłabym wyróżnić, która chociaż trochę zasłużyła na odrobinę sympatii, była ciotka Hansa. Co do głównych postaci... Jak na początku lubiłam Evie czy Ikera, to z każdą kolejną stroną tej sympatii ubywało. Evie okazała się być strasznie naiwna i głupia, a Iker... Do niego to brak mi słów... Do Nika od początku do końca podchodziłam neutralnie, jak dla mnie nie wyróżniał się niczym od innych, a Anna... Jej się po prostu nie da lubić.

Jeżeli komuś podobają się nawiązania do starych bajek, to książka na 100% zwrócić jego uwagę w sposób pozytywny. Mi nie przypadła do gustu z tego względu, że spodziewałam się po niej czegoś innego... Nie bajkowej opowieści, tylko historii o prawdziwej, morskiej wiedźmie, siejącej spustoszenie na głębokich wodach, budząca postrach wśród marynarzy... A przede wszystkim oczekiwałam więcej magii, ciekawych zaklęć – nie takiej jak została tutaj przedstawiona. Gdyby autorka odeszła od Małej syrenki, dała się ponieść kreatywności i popracowała trochę nad charakterami postaci książka byłaby wspaniała.
1

Val Emmich — Drogi Evanie Hansenie

środa, 27 marca 2019

 
 
Nie mogłabym mówić, że kocham musicale, jeśli nie zajęłabym się recenzją ostatnio dość popularnej pozycji, zainspirowanej broadwayowskim przedstawieniem pt. Dear Evan Hansen. Muszę przyznać, że wcześniej oczywiście słyszałam o owej sztuce, jednak nigdy nie miałam okazji usłyszeć pochodzących z niej utworów. Byłam zbyt zakochana w Hamiltonie, żeby zwrócić uwagę na coś innego. Uważam, że był to błąd.

Po przeczytaniu powieści Emmicha miałam ogromną ochotę włączyć wyszukiwarkę i odnaleźć cały soundtrack z musicalu i na pewno w najbliższym czasie to zrobię i zapewne będę go słuchała w kółko. Nie sądziłam, że owa książka tak bardzo mi się spodoba. Zamówiłam ją w tygodniu premiery, bo już kilka miesięcy wcześniej, widząc że ma ona pojawić się na polskim rynku byłam pewna, że ją przeczytam. Upewniłam się w tym przekonaniu, gdy na instagramie zaczęły pojawiać się pozytywne opinie. Nawet się nie wahałam przy zakupie (a powiem szczerze, że zazwyczaj nie jestem pewna, co chcę kupić i długo się zastanawiam).

Głównym bohaterem historii jest nastoletni Mark Evan Hansen, którego życie nie jest raczej ciekawym tematem na fabułę książki. Niby zwykły, samotny nastolatek, niczym nie wyróżniający się z tłumu. Evan pisze listy, których adresatem jest on sam. Pewnego dnia jeden z nich trafia do Connora, brata dziewczyny w której zakochany jest nasz protagonista. Jednak nie tutaj zaczynają się przygody chłopaka. Owa wiadomość zostaje znaleziona przy martwym ciele Connora i właśnie przez to ta dwójka zostaje uznana za najlepszych przyjaciół.

Tematy, które porusza powieść są bardzo mi bliskie, może właśnie dlatego spodobała mi się owa pozycja. Do tego uderza mnie moje podobieństwo do Evana. Chyba nigdy nie utożsamiałam się z żadnym bohaterem tak bardzo jak z nim. Problemy w rozmowach z obcymi, popełnianie głupich błędów bez myślenia o konsekwencjach, to po prostu cała ja. Naprawdę polubiłam wykreowane postacie, chociaż raczej niczym się nie wyróżniają. Może właśnie dlatego, że każdy z nas mógłby być jednym z nich?

Ogromny szacunek do twórców musicalu oraz autora książki za poruszanie tak ważnych kwestii, z którymi często ma problem współczesna młodzież. Mowa tu oczywiście o samobójstwie, depresji, samoakceptacji i zauważaniu problemów naszych bliskich. Pokazanie, że ważne jest wsparcie i zrozumienie drugiego człowieka. W momencie gdy widzimy na szkolnym korytarzu smutnego i samotnego rówieśnika, nie zbawi nas kilka minut na zatrzymanie się i chociaż krótkie przywitanie, zapytanie o miniony weekend. 

Drogi Evanie Hansenie jest obowiązkowym tytułem dla nastolatków, a przede wszystkim dla rodziców, aby łatwiej byłoby im zrozumieć co każdego dnia musi przeżywać ich dziecko w takim miejscu jak np. szkoła, że nie zawsze wszystko jest okej, jak nam się wydaje na pierwszy rzut oka. Ludzie potrafią nosić maski, są aktorami, jedni lepszymi, drudzy gorszymi. Jednak każdy za wszelką cenę stara się ukrywać swoje negatywne emocje, nie chce być odróżniany od reszty. Ważne jest bycie dostrzeganym szczególnie przez rodzinę i przyjaciół, bo nawet największy introwertyk potrzebuje takiej chwili. Na pewno jeszcze wrócę do owej historii, czy to w wersji papierowej, czy musicalowej.   

1

Bird Box

środa, 20 marca 2019






''Something is out there . . . Something terrifying that must not be seen.''

  Jest wiele filmów, które wywarły na mnie dobre, lub fantastyczne wrażenie. Jednak jak dotąd, żaden z nich nawet w małym stopniu nie zrównał się z niedawno obejrzaną przeze mnie nową produkcją Netflix'a Bird Box, lub jak kto woli Nie otwieraj oczu. 

  Produkcja ta, to film sensacyjny, przedstawiający wydarzenia w świecie post-apokaliptycznym. Została wyreżyserowana przez Susanne Bier. (Swoją drogą, nigdy nie zwracałam jakoś uwagi na reżyserów produkcji, które oglądałam.) Scenariusz entuzjastycznie przyjęli widzowie na całym świecie, co jakoś mnie nie dziwi. Opowiada o ciekawej historii, więc czemu miałby nie przyciągnąć do siebie sporej grupy fanów?

  Nominowana Oscarem i Nagrodą Złotego Globu dla najlepszej aktorki w dramacie Sandra Bullock wcieliła się w rolę Malorie Hayes, kobiety, która przez pewną część filmu jest przedstawiona jako osoba z przeszłości, z początków apokalipsy, a w drugiej próbuje przetrwać podróż przez las i rzekę wraz z dwójką dzieci do bezpiecznego miejsca.

  Skoro już przeszliśmy do fabuły. Świat zmierza ku zagładzie. W zasadzie większość ludzkości dawno zginęła nie wiedząc, jak bronić się przed kreaturami zmuszającymi do popełniania samobójstw, swoją drogą, ciekawe, jakby wyglądała taka istota, myślę, że nieprzyjemnie, ale chciałabym się w sumie przekonać. Malorie została uratowana przez pewną kobietę tylko z powodu ciąży. Próbując przeżyć, kilkoro ludzi barykaduje się w domu homoseksualnego małżeństwa. W pewnym momencie pozwalają dołączyć do siebie kolejnej ciężarnej, co w sumie może być ich największym błędem podczas całej apokalipsy.

  Lecz ilu z tej grupy przeżyło?

  Po kilku latach Malorie stara się przebyć rzekę i lasy, by dotrzeć do podobno bezpiecznego miejsca. Cała wyprawa jest robiona dosłownie na ślepo. Cała trójka ma opaski na oczach, które starają się im ograniczyć widok tych kreatur. Oczywiście zabiera ze sobą dzieci, które aż do tej pory nie mają nadanych imion. Nazywani są po prostu Chłopcem i Dziewczynką.


  Sam klimat filmu jest... ciekawy. Czasem trzyma nas w napięciu, a czasem po prostu podaje nam dalszą część na tacy. Jedyne, co mam do zarzucenia tej produkcji to skakanie po czasach wydarzeń. Naprawdę trudno było połapać się kto, z kim, kiedy i jak.

  Według mnie, siła duchowa i psychika Malorie oraz odwaga dzieci nie jest spotykaną cechą u ludzi na co dzień. Wiele osób poświęca się i są gotowi oddać życie dla ledwo znanych osób. Film pokazuje trudności jakie mogłyby nam doskwierać przy tego typu apokalipsie. Zbierałam się naprawdę długi czas do obejrzenia go, ale jedynie przez brak Netflixa. Jednak nie żałuję, że obejrzałam ową produkcję, mimo ponad dwóch godzin trwania.
0

The Order

środa, 13 marca 2019


"Long is the road, short is the life"


Znacie owe uczucie, gdy siadacie sobie w sobotni dzień przed ekranem komputera i zastanawiacie się Co by tu obejrzeć? Właśnie taki problem miałam w ten weekend. Przeglądałam wszystkie seriale, które aktualnie oglądam, jednak na żaden z nich nie miałam ochoty. Potrzebowałam nowości, czegoś co mnie zaintryguje i będę mogła skończyć to w przeciągu jednego dnia. Padło na The Order. Przyznam szczerze, że wiele po nim nie oczekiwałam, miał jedynie dziesięć odcinków i miałam nadzieję, że po prostu wciągnie mnie na jeden dzień, a potem o nim zapomnę. Jednak muszę przyznać, produkcja Netflixa bardzo mnie zaskoczyła. Pozytywnie czy negatywnie?

Tak jak wspomniałam, serial został wypuszczony na platformie Netflix, kilka dni temu, bowiem siódmego marca. Wcześniej widziałam zwiastun, dodałam więc produkcję do swojej listy lektur, ale nie sądziłam że szybko ją zobaczę. Nie oszukujmy się, moja "biblioteczka" jest napchana filmami i serialami, a czas na oglądanie...cóż, dwa razy mniejszy. Zachęciło mnie przede wszystkim wpisanie tej pozycji w kategorię horror (chociaż muszę stwierdzić, ani trochę go nie przypomina) oraz fantastyczne elementy, które daje nam zwiastun. 

Głównym bohaterem serialu jest Jack Morton (Jake Manley), który właśnie wkracza w dorosłe życie i dostaje się na wymarzoną uczelnię. Jednak jego celem nie jest nauka. Pragnie dostać się do tajnego bractwa Błękitnej Róży. Szybko dowiadujemy się, że robi to, aby zemścić się na ojcu, który jest wysoko postawionym magiem w owym stowarzyszeniu. Jednak nie jest to tak proste, jak się wydaje. W życiu Jacka pojawia się inna organizacja, z którą chłopak się związuje. Po czyjej więc być stronie? Mrocznych magów i pięknej Alyssy (Sarah Grey)? Czy walczących ze złem Rycerzy?

Trzeba przyznać, że motyw serialu nie jest niczym nowym. W większości fantastycznych pozycji można odnaleźć postacie wilkołaków i czarodziei. Tak samo tajne stowarzyszenia dla zjadaczy tego typu gatunków nie są zaskoczeniem. Podsumowując, fabuła nie wywarła na mnie efektu wow. Każdy moment można przewidzieć, brak zwrotów akcji, a jeśli już coś zaczyna się dziać, zdecydowanie zbyt szybko się kończy. 

Jednak serial starają się ratować bohaterowie. Nie wszystkim to oczywiście wychodzi. Przeciętny, czasem wykazujący się odrobiną inteligencji, a czasem głupoty Jack i denerwującą Alyssa, której nie potrafiłam w niektórych odcinkach znieść. Miałam nadzieję, że uda mi się polubić owe postacie, w końcu są pierwszoplanowymi charakterami, ale niestety. Jak Jack powoli mnie do siebie przekonywał, do Alyssy poczułam sympatię może w jednym odcinku. Moim zdaniem, całość uratowały wilkołaki, które pokochałam. Szczególnie Hamisha (Thomas Elms), który skradł moje serce pewnego rodzaju odmiennością i taką...elegancją? Pod koniec sezonu polubiłam również Lilith (Devery Jacobs), silną, kobiecą postać, która nie chciała nigdy pozostawać w tyle i stawiała się na równi z pozostałymi członkami stowarzyszenia, do którego należała. Liczę na to, że owa dwójka w drugiem sezonie będzie pojawiała się częściej na ekranach. Wspomniałabym o jeszcze jednym wilkołaku, jednak wydaje mi się, że to byłby już spojler (a staram się w nich ograniczać!), więc powiem jedynie że jego postać lubiłam od początku do końca. W skrócie...#TeamWerewolf!

Mam mieszane uczucia co do całokształtu. Z jednej strony muszę przyznać, że wciągnęłam się w historię i pochłonęłam dziesięć odcinków jednego dnia, a z drugiej? To nie było nic niezwykłego. Na pewno obejrzę drugi sezon dzięki finałowi, który jako jedyny mnie zaskoczył (i przy okazji jeszcze bardziej zniechęcił do pewnej postaci). 

Czy bym poleciła ową produkcję każdemu? Sądzę, że nie. The Oder jest serialem typowo dla nastolatków. Oczywiście, może się spodobać nie tylko młodzieży, mamy różne gusta. Na pewno nie należy skreślać go od pierwszego odcinka, warto przemęczyć kilka części, żeby się zorientować w klimacie i akcji, którą serwuje nam owa produkcja. Ja osobiście czekam na drugi sezon, może nie z niecierpliwością, jednak będę oczekiwała na potwierdzenie kolejnych części.
0

Copyright © Szablon wykonany przez My pastel life