A Series of Unfortunate Events

środa, 10 kwietnia 2019


Przyszedł na plażę, jakby nigdy nic, powiedział parę słów- i na zawsze odmienił ich życie.

 W ostatnim czasie miałam okazje przejrzeć Netflixa w poszukiwaniu ciekawych, nowych produkcji, które mogłabym obejrzeć i wciągnąć się w przedstawiony świat. Przeszukując, wertując, wpadłam na Serię Niefortunnych Zdarzeń, jednak w formie serialu, co mnie lekko zdziwiło. Pamiętam, że gdy byłam małym dzieckiem wraz z siostrą siadałyśmy i oglądałyśmy produkcję o takiej nazwie, lecz był to krótki film. Teraz wiem, ile rzeczy on ominął.

Kilka lat później, gdy moja biblioteka była już trochę pokaźna, moja polonistka
i bibliotekarka zamówiła kilka książek i niektóre wystawiła do sprzedania uczniom, którzy mogliby być zainteresowani. Wtedy ujrzałam jedną z kilku części serii, niestety, nie była to pierwsza część. Dorwałam Ogromne Okno, które w sadze znajdowało się gdzieś pośrodku. W ten sposób po wielu latach moja miłość do tej sagi obudziła się i przypomniałam sobie  ten tytuł.

Wracając do serialu, oglądając produkcję Netflixa, mimo, iż wciągnęłam się w historię Baudelaire'ów, to ta opowieść wydawała mi się zbyt... rozwlekła? Oczywiście to nawet lepiej, niż skrócona wersja filmu, ale nie mam niestety porównania do serii książek, żeby odwołać się co do długości.

Mimo swojej rozciągłości, serial dalej był interesujący.

Cała akcja rozpoczyna się od nieszczęśliwego pożaru willi Baudelaire'ów, w wyniku którego giną rodzice Wioletki, Klausa i Słoneczka. Nie dość, że sieroty muszą radzić sobie z niełaskawym losem, trafiając na bankiera, który próbuje im znaleźć dom (nieudolnie, ponieważ w sumie głównie robi to ze względu na swoje interesy), to jeszcze poluje na nich... Hm, ''wuj''? W każdym razie, baaardzo daleki krewny, który czyha na ich majątek.

Hrabia Olaf (Neil Patrick Harris), w sumie znienawidzony przeze mnie bohater, stary kawaler, ze swoją grupą aktorów z naprawdę kostiumami... Po prostu mwah! (Ironia zionie na kilometr). Aż mnie boli, jak zrobili niektórych bohaterów nieświadomych jego tożsamości, mimo tylko zmiany peruki. To bolało mocno. W każdym razie, przez trzy sezony Hrabia poluje na dzieci, chcąc zdobyć ich majątek najróżniejszymi sposobami. Nie obawia się nawet największych zbrodni.





Moi ulubieni bohaterowie? Zdecydowanie Słoneczko Baudelair (Presley Smith); kilkuletnia dziewczynka, wykreowana na osobę z dużym mózgiem, świetnymi pomysłami i bardzo przydatnymi ostrymi zębami... Pomińmy fakt, że tych zębów miała dwa. Poza tym- Klaus Baudelair (Louis Hynes), oczytany czternastolatek, który wie aż nadto o rzeczach, które normalnemu człowiekowi by się nie przydały. 

Pomijając Baudelair'ów- Moje serce skradły mocno trojaczki; Duncan, Quigley i Izadora Bagienni (Avi Lake i Dylan Kingwell). Byli bardzo podobni do głównych bohaterów, lecz jednocześnie tak odmienni, że nie dało się ich nie lubić.

Soundtrack to coś, co do tej pory gra mi momentami w głowie. Głównie na sprawdzianach z matematyki, gdy mam problem ze skupieniem się. Mimo, że nie mam zbytnio o czym napisać w tym akapicie, to piosenka That's not how the story goes będzie w moim serduszku zawsze. Utwory, które zostały umieszczone w tym serialu doskonale podkreślają powagę sytuacji, przerażenie bohaterów czy żarty wypowiedziane przez nich. 

Jednak nie mogę wymieniać samych plusów o tym serialu, bo byłoby to zbyt nudne, nieprawdaż? Mimo, iż tragedia, która ciągnęła się przez te wszystkie sezony, miała być podkreślona przez przyciemnioną kolorystykę, to prawie czarno-biały ekran mnie bolał.

Drugim i chyba ostatnim minusem, przynajmniej jak dla mnie, był motyw edukacyjny
w serialu. Nadawało to klimatu; owszem. Uczyło trudniejszych aforyzmów i słów? Oczywiście. Ale szlag mnie trafiał po prostu, gdy w scenariuszu znalazło się pół minuty, minuta, na wyjaśnienie znaczenia słowa wspólnik.

Podsumowując; myślę, że Seria Niefortunnych Zdarzeń to jeden z najlepszych seriali, jakie do tej pory widziałam, i jeden z tych, które pochłonęłam w rekordowej szybkości (Nie licząc 6 sezonów Dr House'a, które wciągnęłam w trzy tygodnie...). Urzekł mnie fabułą
i postaciami oraz soundtrackiem. I może chodzi tu o sentyment z dzieciństwa, lecz dalej myślę, że zostanie on w moim serduszku na zawsze.
 
1

Sarah Henning — Wiedźma Morska

środa, 3 kwietnia 2019



Widząc Morską wiedźmę w Zapowiedziach na stronie empiku wiedziałam, że muszę ją mieć. Cierpliwie czekałam na jej premierę i tak oto trafiła w końcu na moją półkę. Jestem wielką fanką fantastyki oraz historii związanych z czarownicami, więc wydawała się to powieść idealna dla mnie. Jednak muszę przyznać, że strasznie się rozczarowałam. Spodziewałam się po niej czegoś więcej.

Powieść jest o trójce przyjaciół: następcy tronu – Niku, dziewczynie obdarzonej magicznymi mocami – Evie oraz Annie, która utonęła. Evie musi ukrywać przed wszystkimi – nawet przed przyjaciółmi - swoje umiejętności. Osoby takie jak ona nie są mile widziane w Havnestadzie. Po śmierci przyjaciółki Evie była załamana, odizolowała się od świata. Udało jej się wyjść z tego stanu dzięki Nikowi, który po tej tragedii stał się jej bliższy. Nie wszyscy pochwalali ich relacje przez różnice w ich pochodzeniu, lecz im to nie przeszkadzało. Podobnie jak kuzynowi Nika – Ikerowi, który stara się o serce Evie... Jednak czy intencje księcia znanego z miłosnych podbojów są szczere?
Pewnego dnia Evie spotyka dziewczynę podobną do jej zmarłej przyjaciółki Anny... Ale czy na pewno martwej? 

Bardzo spodobał mi się pomysł na historię, jednak pojawia się tutaj wiele motywów, które niestety ją psują. Widać tu wiele nawiązań do bajek, w szczególności do Małej syrenki. Wygląd wiedźmy morskiej przypominający Urszulę, opisane życie Anny po "utonięciu" przypomina podwodne życie Arielki. Zabranie głosu młodej syrenie w zamian za nogi, aby mogła spotkać się ze swoim ukochanym księciem... Można powiedzieć, że jest to właśnie historia o tym jak "powstała" Urszula. Najbardziej boli mnie tutaj motyw baśniowego pocałunku prawdziwej miłości. Bardziej oklepanego motywu nie można już było dać... Nie czepiałabym się, gdyby właśnie taki cel miała autorka – pokazanie powstania czarnego charakteru – jednak nie znalazłam w książce o tym wzmianki. Jednak jeżeli zapomni się na chwilę o tych nawiązaniach... Jest to dobra książka (jednak momentami nudna), która mówi o przyjaźni, miłości, poświęceniu, a także zemście.

Oprócz ciekawego pomysłu, podobają mi się tutaj wtrącenia wydarzeń z przeszłości. Są bardzo dobrze wplecione w fabułę i wiele czytelnikowi wyjaśniają. Na plus także przemawia styl autorki, dzięki któremu książkę czytało mi się mimo wszystko przyjemnie. Nie była ciężka i nie męczyłam się z nią za długo.  

Bardzo zawiodła mnie "magia" w tej powieści. Liczyłam, że Henning wykaże się tutaj większą kreatywnością, finalnie okazała się jednym, wielkim rozczarowaniem. Wywołanie burzy? Wyczarowywanie sukienek? Błagam, litości... Już w niektórych bajkach dla dzieci jest to bardziej rozwinięte niż w tej książce.  

W większości poboczni bohaterowie są dla mnie pozbawieni sensu. Jedyną postacią, którą mogłabym wyróżnić, która chociaż trochę zasłużyła na odrobinę sympatii, była ciotka Hansa. Co do głównych postaci... Jak na początku lubiłam Evie czy Ikera, to z każdą kolejną stroną tej sympatii ubywało. Evie okazała się być strasznie naiwna i głupia, a Iker... Do niego to brak mi słów... Do Nika od początku do końca podchodziłam neutralnie, jak dla mnie nie wyróżniał się niczym od innych, a Anna... Jej się po prostu nie da lubić.

Jeżeli komuś podobają się nawiązania do starych bajek, to książka na 100% zwrócić jego uwagę w sposób pozytywny. Mi nie przypadła do gustu z tego względu, że spodziewałam się po niej czegoś innego... Nie bajkowej opowieści, tylko historii o prawdziwej, morskiej wiedźmie, siejącej spustoszenie na głębokich wodach, budząca postrach wśród marynarzy... A przede wszystkim oczekiwałam więcej magii, ciekawych zaklęć – nie takiej jak została tutaj przedstawiona. Gdyby autorka odeszła od Małej syrenki, dała się ponieść kreatywności i popracowała trochę nad charakterami postaci książka byłaby wspaniała.
1

Val Emmich — Drogi Evanie Hansenie

środa, 27 marca 2019

 
 
Nie mogłabym mówić, że kocham musicale, jeśli nie zajęłabym się recenzją ostatnio dość popularnej pozycji, zainspirowanej broadwayowskim przedstawieniem pt. Dear Evan Hansen. Muszę przyznać, że wcześniej oczywiście słyszałam o owej sztuce, jednak nigdy nie miałam okazji usłyszeć pochodzących z niej utworów. Byłam zbyt zakochana w Hamiltonie, żeby zwrócić uwagę na coś innego. Uważam, że był to błąd.

Po przeczytaniu powieści Emmicha miałam ogromną ochotę włączyć wyszukiwarkę i odnaleźć cały soundtrack z musicalu i na pewno w najbliższym czasie to zrobię i zapewne będę go słuchała w kółko. Nie sądziłam, że owa książka tak bardzo mi się spodoba. Zamówiłam ją w tygodniu premiery, bo już kilka miesięcy wcześniej, widząc że ma ona pojawić się na polskim rynku byłam pewna, że ją przeczytam. Upewniłam się w tym przekonaniu, gdy na instagramie zaczęły pojawiać się pozytywne opinie. Nawet się nie wahałam przy zakupie (a powiem szczerze, że zazwyczaj nie jestem pewna, co chcę kupić i długo się zastanawiam).

Głównym bohaterem historii jest nastoletni Mark Evan Hansen, którego życie nie jest raczej ciekawym tematem na fabułę książki. Niby zwykły, samotny nastolatek, niczym nie wyróżniający się z tłumu. Evan pisze listy, których adresatem jest on sam. Pewnego dnia jeden z nich trafia do Connora, brata dziewczyny w której zakochany jest nasz protagonista. Jednak nie tutaj zaczynają się przygody chłopaka. Owa wiadomość zostaje znaleziona przy martwym ciele Connora i właśnie przez to ta dwójka zostaje uznana za najlepszych przyjaciół.

Tematy, które porusza powieść są bardzo mi bliskie, może właśnie dlatego spodobała mi się owa pozycja. Do tego uderza mnie moje podobieństwo do Evana. Chyba nigdy nie utożsamiałam się z żadnym bohaterem tak bardzo jak z nim. Problemy w rozmowach z obcymi, popełnianie głupich błędów bez myślenia o konsekwencjach, to po prostu cała ja. Naprawdę polubiłam wykreowane postacie, chociaż raczej niczym się nie wyróżniają. Może właśnie dlatego, że każdy z nas mógłby być jednym z nich?

Ogromny szacunek do twórców musicalu oraz autora książki za poruszanie tak ważnych kwestii, z którymi często ma problem współczesna młodzież. Mowa tu oczywiście o samobójstwie, depresji, samoakceptacji i zauważaniu problemów naszych bliskich. Pokazanie, że ważne jest wsparcie i zrozumienie drugiego człowieka. W momencie gdy widzimy na szkolnym korytarzu smutnego i samotnego rówieśnika, nie zbawi nas kilka minut na zatrzymanie się i chociaż krótkie przywitanie, zapytanie o miniony weekend. 

Drogi Evanie Hansenie jest obowiązkowym tytułem dla nastolatków, a przede wszystkim dla rodziców, aby łatwiej byłoby im zrozumieć co każdego dnia musi przeżywać ich dziecko w takim miejscu jak np. szkoła, że nie zawsze wszystko jest okej, jak nam się wydaje na pierwszy rzut oka. Ludzie potrafią nosić maski, są aktorami, jedni lepszymi, drudzy gorszymi. Jednak każdy za wszelką cenę stara się ukrywać swoje negatywne emocje, nie chce być odróżniany od reszty. Ważne jest bycie dostrzeganym szczególnie przez rodzinę i przyjaciół, bo nawet największy introwertyk potrzebuje takiej chwili. Na pewno jeszcze wrócę do owej historii, czy to w wersji papierowej, czy musicalowej.   

1

Bird Box

środa, 20 marca 2019






''Something is out there . . . Something terrifying that must not be seen.''

  Jest wiele filmów, które wywarły na mnie dobre, lub fantastyczne wrażenie. Jednak jak dotąd, żaden z nich nawet w małym stopniu nie zrównał się z niedawno obejrzaną przeze mnie nową produkcją Netflix'a Bird Box, lub jak kto woli Nie otwieraj oczu. 

  Produkcja ta, to film sensacyjny, przedstawiający wydarzenia w świecie post-apokaliptycznym. Została wyreżyserowana przez Susanne Bier. (Swoją drogą, nigdy nie zwracałam jakoś uwagi na reżyserów produkcji, które oglądałam.) Scenariusz entuzjastycznie przyjęli widzowie na całym świecie, co jakoś mnie nie dziwi. Opowiada o ciekawej historii, więc czemu miałby nie przyciągnąć do siebie sporej grupy fanów?

  Nominowana Oscarem i Nagrodą Złotego Globu dla najlepszej aktorki w dramacie Sandra Bullock wcieliła się w rolę Malorie Hayes, kobiety, która przez pewną część filmu jest przedstawiona jako osoba z przeszłości, z początków apokalipsy, a w drugiej próbuje przetrwać podróż przez las i rzekę wraz z dwójką dzieci do bezpiecznego miejsca.

  Skoro już przeszliśmy do fabuły. Świat zmierza ku zagładzie. W zasadzie większość ludzkości dawno zginęła nie wiedząc, jak bronić się przed kreaturami zmuszającymi do popełniania samobójstw, swoją drogą, ciekawe, jakby wyglądała taka istota, myślę, że nieprzyjemnie, ale chciałabym się w sumie przekonać. Malorie została uratowana przez pewną kobietę tylko z powodu ciąży. Próbując przeżyć, kilkoro ludzi barykaduje się w domu homoseksualnego małżeństwa. W pewnym momencie pozwalają dołączyć do siebie kolejnej ciężarnej, co w sumie może być ich największym błędem podczas całej apokalipsy.

  Lecz ilu z tej grupy przeżyło?

  Po kilku latach Malorie stara się przebyć rzekę i lasy, by dotrzeć do podobno bezpiecznego miejsca. Cała wyprawa jest robiona dosłownie na ślepo. Cała trójka ma opaski na oczach, które starają się im ograniczyć widok tych kreatur. Oczywiście zabiera ze sobą dzieci, które aż do tej pory nie mają nadanych imion. Nazywani są po prostu Chłopcem i Dziewczynką.


  Sam klimat filmu jest... ciekawy. Czasem trzyma nas w napięciu, a czasem po prostu podaje nam dalszą część na tacy. Jedyne, co mam do zarzucenia tej produkcji to skakanie po czasach wydarzeń. Naprawdę trudno było połapać się kto, z kim, kiedy i jak.

  Według mnie, siła duchowa i psychika Malorie oraz odwaga dzieci nie jest spotykaną cechą u ludzi na co dzień. Wiele osób poświęca się i są gotowi oddać życie dla ledwo znanych osób. Film pokazuje trudności jakie mogłyby nam doskwierać przy tego typu apokalipsie. Zbierałam się naprawdę długi czas do obejrzenia go, ale jedynie przez brak Netflixa. Jednak nie żałuję, że obejrzałam ową produkcję, mimo ponad dwóch godzin trwania.
0

The Order

środa, 13 marca 2019


"Long is the road, short is the life"


Znacie owe uczucie, gdy siadacie sobie w sobotni dzień przed ekranem komputera i zastanawiacie się Co by tu obejrzeć? Właśnie taki problem miałam w ten weekend. Przeglądałam wszystkie seriale, które aktualnie oglądam, jednak na żaden z nich nie miałam ochoty. Potrzebowałam nowości, czegoś co mnie zaintryguje i będę mogła skończyć to w przeciągu jednego dnia. Padło na The Order. Przyznam szczerze, że wiele po nim nie oczekiwałam, miał jedynie dziesięć odcinków i miałam nadzieję, że po prostu wciągnie mnie na jeden dzień, a potem o nim zapomnę. Jednak muszę przyznać, produkcja Netflixa bardzo mnie zaskoczyła. Pozytywnie czy negatywnie?

Tak jak wspomniałam, serial został wypuszczony na platformie Netflix, kilka dni temu, bowiem siódmego marca. Wcześniej widziałam zwiastun, dodałam więc produkcję do swojej listy lektur, ale nie sądziłam że szybko ją zobaczę. Nie oszukujmy się, moja "biblioteczka" jest napchana filmami i serialami, a czas na oglądanie...cóż, dwa razy mniejszy. Zachęciło mnie przede wszystkim wpisanie tej pozycji w kategorię horror (chociaż muszę stwierdzić, ani trochę go nie przypomina) oraz fantastyczne elementy, które daje nam zwiastun. 

Głównym bohaterem serialu jest Jack Morton (Jake Manley), który właśnie wkracza w dorosłe życie i dostaje się na wymarzoną uczelnię. Jednak jego celem nie jest nauka. Pragnie dostać się do tajnego bractwa Błękitnej Róży. Szybko dowiadujemy się, że robi to, aby zemścić się na ojcu, który jest wysoko postawionym magiem w owym stowarzyszeniu. Jednak nie jest to tak proste, jak się wydaje. W życiu Jacka pojawia się inna organizacja, z którą chłopak się związuje. Po czyjej więc być stronie? Mrocznych magów i pięknej Alyssy (Sarah Grey)? Czy walczących ze złem Rycerzy?

Trzeba przyznać, że motyw serialu nie jest niczym nowym. W większości fantastycznych pozycji można odnaleźć postacie wilkołaków i czarodziei. Tak samo tajne stowarzyszenia dla zjadaczy tego typu gatunków nie są zaskoczeniem. Podsumowując, fabuła nie wywarła na mnie efektu wow. Każdy moment można przewidzieć, brak zwrotów akcji, a jeśli już coś zaczyna się dziać, zdecydowanie zbyt szybko się kończy. 

Jednak serial starają się ratować bohaterowie. Nie wszystkim to oczywiście wychodzi. Przeciętny, czasem wykazujący się odrobiną inteligencji, a czasem głupoty Jack i denerwującą Alyssa, której nie potrafiłam w niektórych odcinkach znieść. Miałam nadzieję, że uda mi się polubić owe postacie, w końcu są pierwszoplanowymi charakterami, ale niestety. Jak Jack powoli mnie do siebie przekonywał, do Alyssy poczułam sympatię może w jednym odcinku. Moim zdaniem, całość uratowały wilkołaki, które pokochałam. Szczególnie Hamisha (Thomas Elms), który skradł moje serce pewnego rodzaju odmiennością i taką...elegancją? Pod koniec sezonu polubiłam również Lilith (Devery Jacobs), silną, kobiecą postać, która nie chciała nigdy pozostawać w tyle i stawiała się na równi z pozostałymi członkami stowarzyszenia, do którego należała. Liczę na to, że owa dwójka w drugiem sezonie będzie pojawiała się częściej na ekranach. Wspomniałabym o jeszcze jednym wilkołaku, jednak wydaje mi się, że to byłby już spojler (a staram się w nich ograniczać!), więc powiem jedynie że jego postać lubiłam od początku do końca. W skrócie...#TeamWerewolf!

Mam mieszane uczucia co do całokształtu. Z jednej strony muszę przyznać, że wciągnęłam się w historię i pochłonęłam dziesięć odcinków jednego dnia, a z drugiej? To nie było nic niezwykłego. Na pewno obejrzę drugi sezon dzięki finałowi, który jako jedyny mnie zaskoczył (i przy okazji jeszcze bardziej zniechęcił do pewnej postaci). 

Czy bym poleciła ową produkcję każdemu? Sądzę, że nie. The Oder jest serialem typowo dla nastolatków. Oczywiście, może się spodobać nie tylko młodzieży, mamy różne gusta. Na pewno nie należy skreślać go od pierwszego odcinka, warto przemęczyć kilka części, żeby się zorientować w klimacie i akcji, którą serwuje nam owa produkcja. Ja osobiście czekam na drugi sezon, może nie z niecierpliwością, jednak będę oczekiwała na potwierdzenie kolejnych części.
0

Jennifer L. Armentrout — Dwa Światy

środa, 6 marca 2019


Widzisz, istnieje różnica między miłością a potrzebą. Czasami to, co czujesz, jest nagłe, dziwne, bezsensowne. – Wyprostowała się nieco. – Dwie osoby zobaczą się w pomieszczeniu lub przelotnie dotkną i ich dusze się rozpoznają. Nie trzeba im czasu. Dusze zawsze wiedzą...


Muszę przyznać, że gdy przeglądałam na stronie empiku książki nie byłam zdecydowana na ten tytuł – opis nie zachęcił mnie aż tak bardzo. Nigdy wcześniej nie miałam okazji osobiście zapoznać się z twórczością Jennifer L. Armentrout, ale wiele o niej słyszałam. W szczególności o serii Lux, o której mówiono jedynie pozytywne opinie. Jednak zdecydowałam się na zakupienie tej powieści, ze względu na jedno zdanie napisane na samej górze – Ta historia przypomniała mi powieść Cassandry Clare! ~ Ashwood. Jako, że jestem wielką fanką owej autorki te słowa sprawił, że dodałam książkę do koszyka – i nie żałuje. 

Hematoi – zrodzeni ze związków bogów z śmiertelnikami, władają żywiołami, zajmują najwyższe stanowiska. Wśród nich próbuje odnaleźć swoje miejsce siedemnastoletnia Alexandria, która jest jedynie półkrwistą... Ale czy na pewno? Osoby, pokroju dziewczyny mają dwa wyjścia: mogą zostać protektorami i polować na daimony – potwory żywiące się eterem – bądź sługami czystokrwistych. Alex za wszelką cenę chce podążać pierwszą ścieżką. W wieku czternastu lat jej matka z nieznanych powodów zabiera ją ze szkoły Przymierza i ukrywa pośród śmiertelników. Po trzech latach półkrwista po serii niefortunnych zdarzeń powraca. Jednak czy będzie miała szansę zostać protektorem? Czy przez decyzje matki zostanie skazana na usługiwanie innym Hematoi? W dążeniu do celu pomaga jej jeden z najlepszych tropicieli daimonów – Aiden, którego Alex zaczyna darzyć pewnym uczuciem. Niestety nie wszystko jest takie proste – związki pomiędzy czystrokrwistymi a tymi półkrwi są kategorycznie zabronione. Jednak to nie jest największy problem dziewczyny. 

Przyznam szczerze, że książka pozytywnie mnie zaskoczyła. Założyłam z góry, że będzie jak większość powieści tego typu... A jednak się myliłam. Fabuła jest bardzo wciągająca i pełna niespodzianek – chociaż w pewnym momencie można było się domyślić biegu wydarzeń. Jednak nie zepsuło to klimatu książki, ponieważ mimo to autorka nie zdradza aż tak dużo i losy dziewczyny wciąż pozostają niewiadome. Momentami pojawia się wrażenie, że gdzieś już to było, ale nie trwa to długo. Bardzo spodobało mi się koniec książki – jest zakończeniem pewnego rozdziału w życiu Alex i nie sugeruje nam dalszych wydarzeń, co zwiększa tylko ciekawość. Pozycja napisana jest prostym stylem, dzięki czemu bardzo przyjemnie się czyta – ja pochłonęłam ją w ciągu dwóch dni. 

Źle też oceniłam główną bohaterkę. Po opisie spodziewałam się niewyżytej nastolatki, która ciągle ugania się za Aidenem. Jednak Alexa okazała się być całkowitym przeciwieństwem i pokochałam tą postać całym serduszkiem. Nie jest jak zwyczajnie to bywa nieśmiałą, niezdarną i słabą dziewczyną. Jest odważna, inteligenta, pewna siebie, przede wszystkim silna psychicznie, nie jedna osoba po takich przeżyciach po prostu by się załamała i chyba za to najbardziej ją polubiłam, że po mimu tylu przeciwności nie poddała się. Oczywiście ma też wiele wad tj. nie kontroluje swojego gniewu, działa impulsywnie i bywa lekkomyślna, ale to dodaje jej tylko pewnego uroku. Cieszę się, że autorka nie zrobiła z niej idealnej dziewczynki, której zawsze wszystko wychodzi. 

Reszta postaci również okazała się naprawdę świetna i chyba oprócz Cody'iego nie ma postaci, których chociaż trochę nie polubiłam. Podoba mi się że Aiden nie gardzi półkrwistymi jak pozostali, jest rozważny, cierpliwy, jednak nie potrafi się bawić przez co wydaje się poważny – ale biorąc pod uwagę jego historię ma to jak najbardziej sens. Często udziela Alex świetnych rad i jest przy niej, gdy tego potrzebuje. Moje serce skradł również Caleb – przyjaciel Alexandrii, tak jak ona jest półkrwi. Zawsze był przy dziewczynie, wspierał gdy inni byli negatywnie nastawieni do niej, a w najtrudniejszej chwili nie zostawił jej, poszedł za nią wiedząc, że może nie wyjść z tego cało. No i na końcu Seth – wyjątkowy pod pewnymi względami, powiązany w pewny sposób z tajemnicą ukrywaną przed Alex. Na początku wydawał się zbyt pewny siebie i zarozumiały, a momentami wręcz arogancki. Jednak pod koniec gdy przyszedł porozmawiać z dziewczyną, okazał się naprawdę świetnym bohaterem. 

Autorka trafiła idealne w moje upodobania tą książką. Mogę śmiało powiedzieć, że dodaje ją do listy ulubionych twórców. Zapewne w przyszłości wrócę do niej jeszcze wiele razy. Dwa Światy mogę polecić z całego serduszka – i czuję, że fanom Cassandry Clare ta pozycja również przypadnie do gustu. Pozostaje teraz jedynie cierpliwie czekać na kolejne części przygód Alex. 

1

Sue Wallman — Zobacz, jak oni kłamią

środa, 27 lutego 2019



- Pan chyba nie rozumie - Will nie daje się zbić z tropu - jak bardzo przywiązują się do siebie niektórzy z nas. Wszyscy pacjenci są dla mnie jak rodzina.

Kompletnie nie miałam pojęcia o czym opowiada książka, w momencie gdy postanowiłam ją kupić. Będąc w galerii od razu wiem, że nie mogę przejść obojętnie obok księgarni. Nieważne, że na półce mam zdecydowanie zbyt wiele nieprzeczytanych książek, jedna pozycja nic nie znaczy, prawda? Tak było i tym razem. Przeszłam cały sklep, jak zawsze mając dylemat, co wybrać. Wygrała przede wszystkim cudowna okładka i intrygujący tytuł, pod którym kryła się historia napisana przez Sue Wallman.

Muszę przyznać, że długo zwlekałam, żeby ją przeczytać, po prostu się bałam. Czego? Czytając w końcu opis, moją pierwszą prośbą było to, żeby autorka nie zepsuła tematu, który bardzo podoba mi się w powieściach. Uwielbiam książki, których akcja dzieje się w szpitalach lub klinikach psychiatrycznych, ten klimat to coś, co zdecydowanie wpasowuje się w moje gusta.

Główną bohaterką jest nastoletnia Mae, która wraz z matką i ojcem mieszka w Hummingbird Creek – ośrodku terapii psychiatrycznej i rehabilitacyjnej dla nastolatków. Jej opiekun jest lekarzem i jednocześnie założycielem owego miejsca. Wszyscy pracownicy, którzy dla niego pracują, również zamieszkują wraz z rodziną owy budynek. Dzieciaki zatrudnionych są pod stałą kontrolą, ich plan dnia jest określony, chodzą na różnego rodzaju zajęcia, lecz ciężko powiedzieć, że wyglądają one jak lekcje szkolne, ponieważ przedmioty są inne. Terapia sztuką czy lekcje z logiki to coś, czego nie znajdziemy w naszym systemie nauczania. Na samym początku myślałam sobie Hej, to przecież nie może być takie złe, wydaje się nawet bardzo ciekawe. Jednak jeden telefon całkowicie zmienił bieg historii. 

Nie ukrywam, bardzo trudno było mi się przywiązać do bohaterów. W większości były to dla mnie postacie... nijakie? Nie widziałam w nich cech, które mogłabym w nich polubić. Sądziłam, że książka poruszająca tematy osób z problemami psychicznymi będzie bardziej... podkoloryzowana? Jednak autorka mnie zaskoczyła. Pozytywnie? Nie wiem. Mam do teraz mieszane zdanie o owej pozycji i świecie, który wykreowała Sue Wallman. Na całe szczęście, po przeczytaniu połowy, polubiłam kilka postaci. Zdecydowanie moją ulubioną była pani Ray, która od samego początku była wsparciem dla Mae i pokazywała jej skrawek świata poza ośrodkiem. Wiedziała jakie czekają ją za to konsekwencje, jednak było to dla niej najmniejszym zmartwieniem. Zwróciłam również uwagę na Willa, którego historię, moim zdaniem, autorka mogła rozwinąć. Spodobał mi się jego uparty charakter oraz chęć dążenia do prawdy. Zasługiwał na o wiele więcej, niż dostał. Mieszane uczucia miałam do Drew. W jednym momencie go lubiłam, a po kilku stronach stawał się znowu szarą, zwykłą postacią. 

Trzymałam kciuki, żeby autorka nie rozwijała wątku miłosnego Mae. Po prostu nie było to potrzebne w owej książce, zepsułoby cały klimat. Dziewczyna miała wystarczająco problemów, po co jej kolejne? Zdecydowanie bardziej wolałam patrzeć na jej przyjaźń z Drew i Thet, pacjentką ośrodka. Tak samo ważnym wątkiem były relacje nastolatki z rodzicami. Nienawidziłam jej ojca, który przy każdej możliwej sytuacji pokazywał swoją wyższość, był zwykłym tyranem. 

W gimnazjum uwielbiałam czytać książki tego rodzaju. Mimo swojej fabuły autorzy stosowali lekkie pióro, z łatwością czytało mi się owe pozycje, zajmowało mi to maksymalnie dobę. Nie ukrywam, mam ogromny sentyment do takich powieści, nie umiem powiedzieć, że są złe. Dla mnie nie są. 

Sue Wallman stworzyła naprawdę dobrą historię i pokazała ją w tak samo pozytywnym świetle. Uważam, że zasługuje na chwilę uwagi, bo Zobacz, jak oni kłamią da się przeczytać w przeciągu jednego dnia. Wystarczy nam ciepły kocyk i gorąca herbatka. A może do tego jakaś przekąska? Wieczór idealny. 


0

Copyright © Szablon wykonany przez My pastel life