Sue Wallman — Zobacz, jak oni kłamią

środa, 27 lutego 2019



- Pan chyba nie rozumie - Will nie daje się zbić z tropu - jak bardzo przywiązują się do siebie niektórzy z nas. Wszyscy pacjenci są dla mnie jak rodzina.

Kompletnie nie miałam pojęcia o czym opowiada książka, w momencie gdy postanowiłam ją kupić. Będąc w galerii od razu wiem, że nie mogę przejść obojętnie obok księgarni. Nieważne, że na półce mam zdecydowanie zbyt wiele nieprzeczytanych książek, jedna pozycja nic nie znaczy, prawda? Tak było i tym razem. Przeszłam cały sklep, jak zawsze mając dylemat, co wybrać. Wygrała przede wszystkim cudowna okładka i intrygujący tytuł, pod którym kryła się historia napisana przez Sue Wallman.

Muszę przyznać, że długo zwlekałam, żeby ją przeczytać, po prostu się bałam. Czego? Czytając w końcu opis, moją pierwszą prośbą było to, żeby autorka nie zepsuła tematu, który bardzo podoba mi się w powieściach. Uwielbiam książki, których akcja dzieje się w szpitalach lub klinikach psychiatrycznych, ten klimat to coś, co zdecydowanie wpasowuje się w moje gusta.

Główną bohaterką jest nastoletnia Mae, która wraz z matką i ojcem mieszka w Hummingbird Creek – ośrodku terapii psychiatrycznej i rehabilitacyjnej dla nastolatków. Jej opiekun jest lekarzem i jednocześnie założycielem owego miejsca. Wszyscy pracownicy, którzy dla niego pracują, również zamieszkują wraz z rodziną owy budynek. Dzieciaki zatrudnionych są pod stałą kontrolą, ich plan dnia jest określony, chodzą na różnego rodzaju zajęcia, lecz ciężko powiedzieć, że wyglądają one jak lekcje szkolne, ponieważ przedmioty są inne. Terapia sztuką czy lekcje z logiki to coś, czego nie znajdziemy w naszym systemie nauczania. Na samym początku myślałam sobie Hej, to przecież nie może być takie złe, wydaje się nawet bardzo ciekawe. Jednak jeden telefon całkowicie zmienił bieg historii. 

Nie ukrywam, bardzo trudno było mi się przywiązać do bohaterów. W większości były to dla mnie postacie... nijakie? Nie widziałam w nich cech, które mogłabym w nich polubić. Sądziłam, że książka poruszająca tematy osób z problemami psychicznymi będzie bardziej... podkoloryzowana? Jednak autorka mnie zaskoczyła. Pozytywnie? Nie wiem. Mam do teraz mieszane zdanie o owej pozycji i świecie, który wykreowała Sue Wallman. Na całe szczęście, po przeczytaniu połowy, polubiłam kilka postaci. Zdecydowanie moją ulubioną była pani Ray, która od samego początku była wsparciem dla Mae i pokazywała jej skrawek świata poza ośrodkiem. Wiedziała jakie czekają ją za to konsekwencje, jednak było to dla niej najmniejszym zmartwieniem. Zwróciłam również uwagę na Willa, którego historię, moim zdaniem, autorka mogła rozwinąć. Spodobał mi się jego uparty charakter oraz chęć dążenia do prawdy. Zasługiwał na o wiele więcej, niż dostał. Mieszane uczucia miałam do Drew. W jednym momencie go lubiłam, a po kilku stronach stawał się znowu szarą, zwykłą postacią. 

Trzymałam kciuki, żeby autorka nie rozwijała wątku miłosnego Mae. Po prostu nie było to potrzebne w owej książce, zepsułoby cały klimat. Dziewczyna miała wystarczająco problemów, po co jej kolejne? Zdecydowanie bardziej wolałam patrzeć na jej przyjaźń z Drew i Thet, pacjentką ośrodka. Tak samo ważnym wątkiem były relacje nastolatki z rodzicami. Nienawidziłam jej ojca, który przy każdej możliwej sytuacji pokazywał swoją wyższość, był zwykłym tyranem. 

W gimnazjum uwielbiałam czytać książki tego rodzaju. Mimo swojej fabuły autorzy stosowali lekkie pióro, z łatwością czytało mi się owe pozycje, zajmowało mi to maksymalnie dobę. Nie ukrywam, mam ogromny sentyment do takich powieści, nie umiem powiedzieć, że są złe. Dla mnie nie są. 

Sue Wallman stworzyła naprawdę dobrą historię i pokazała ją w tak samo pozytywnym świetle. Uważam, że zasługuje na chwilę uwagi, bo Zobacz, jak oni kłamią da się przeczytać w przeciągu jednego dnia. Wystarczy nam ciepły kocyk i gorąca herbatka. A może do tego jakaś przekąska? Wieczór idealny. 


0

Mindy McGinnis — Dyskretne Szaleństwo

środa, 20 lutego 2019





  - Dobrze się czujesz? - zapytał Thornhollow. 
- Doktorze, nacięto mi skórę aż do czaszki po obu stronach głowy, przez kilka dni podróżowałam w towarzystwie obcego mi człowieka, a w środku nocy wyciągnięto mnie z łóżka, aby pokazać zwłoki. Dziwna rzecz, ale nie dolega mi nic z wyjątkiem bólu głowy.
Jako, że nigdy nie zwracam uwagi na autorów książek, tylko wybieram dzieła, które podobają mi się z opisu, przez ręce przewinęła mi się XVIII-wieczna powieść Mindy McGinnis, opowiadająca dramatyczną z początku historię młodej córki senatora USA, Pana Mae.

Grace została odesłana do psychiatryka przez ciążę, której nie planowała i zdecydowanie nie chciała. Jak zauważyłam, rodzina wybrała szpital pod rządami znajomego głowy rodziny. Miałam wrażenie, że sam ordynator postradał zmysły, tak jak 7/9 personelu, co w sumie potwierdziło się przez kilkanaście późniejszych stron. Przełomowym momentem książki była sytuacja, gdy bez serca zamknęli dziewczynę w mniej przyjemnym miejscu, niż pusty, biały pokój z łóżkiem. Siedząc w piwnicy, bez nawet cienia światła poznała Falsteed'a. Postać, która zdecydowanie najbardziej przypadła mi do gustu, mimo jego dość... Uhm, specyficznej historii.

Tu rozpoczyna się dopiero zabawa. Podstępem Doktor Thornhollow uwolnił dziewczynę od tego piekła. To mało powiedziane, wepchnęli mu ją, żeby pojechała z nim, a personel upozorował jej śmierć ze strachu przed senatorem. Smutne jest to, że Grace trafiła do kolejnego przytułku dla obłąkanych. Tam jednak, całe szczęście, znalazła swój dom.

Fabułę mogłabym streszczać jeszcze w minimum czterech akapitach, lecz nie byłoby efektu ''wow'' jeśli ktoś zdecydowałby się ową pozycję przeczytać. Najważniejszym elementem, który najbardziej mi się podobał, był motyw szukania morderców. Bystrość Grace okazała się bardzo przydatna, lecz momentami wiedziałam, że autorka przesadza. No błagam, ale żeby ktoś zapamiętał jak była ubrana i zachowywała się konkretna osoba w tłumie?


Nauczyłam się i dowiedziałam sporo o morderstwach z tej książki (I jak jakieś upozorować, będąc mniej uchwytnym jako morderca) oraz o szaleństwie; między innymi, że w jakimś stopniu wszyscy jesteśmy szaleni, lecz każdy ma inny poziom dyskrecji co do tego. Największym zaskoczeniem jednak był dla mnie fakt, jak wiele potrafi zdziałać władza, pewność siebie i wysokie stanowisko, jakie zajmował Pan Mae. Jak dla mnie, powinni od razu go na szubienicę wprowadzić.

Książka jak dla mnie- jedna z lepszych, mimo tego, że nie wpasowywała się idealnie w moje klimaty oraz czas, w jakim akcja się działa. Jedynym minusem były dla mnie opisy; grunt w tym, że szczegóły wyglądu były rzadkie, albo mi się przysnęło i ich nie zrozumiałam. Do tej pory nie mam pojęcia, jak wyobrazić sobie Melancthona (Dalej również nie wiem, jak wymawia się jego imię) jako Doktora. Mimo tego, jak dla mnie cudo. Jestem zadowolona z wybrania tytułu. A za zakup dziękuję Meg, która jako dobra przyjaciółka postanowiła pocieszyć mnie książką.
0

Jay Asher — Światło

środa, 13 lutego 2019



- Czy myślisz, że jestem głupia?
- Uczucia nigdy nie są głupie.

Przyznam, że Światło Jay Ashera kilkukrotnie rzuciło mi się w oczy podczas przeglądania tytułów w księgarniach online, jednak nie byłam co do niego przekonana i prawdopodobnie gdyby nie przeceny, to powieść nie zagościłaby na mojej półce. Z pośród wielu książek, które czekają u mnie na przeczytanie, wybrałam tą tylko dlatego, że szukałam czegoś krótkiego na umilenie czasu podczas jazdy na studia i oczekiwania na autobus – książka nie jest za gruba i bez problemu zmieściła się do torebki. Autor jest pewnie wielu osobom znany – mi również jego nazwisko obiło się o uszy i wiele razy jego debiutancka powieść 13 powodów była mi polecana. Nie miałam okazji się jeszcze z nią zapoznać, jak na razie znajduje się na dość długiej liście pozycji, które może w przyszłości przeczytam.


Co mnie zaskoczyło już na samym początku, to brak prologu – w  każdej książce, która przewinęła się przez moje ręce zawsze był, być może jest to dość częste zjawisko, ale ja pierwszy raz się z czymś takim spotkałam – a przeczytałam w życiu wiele powieści. Mimo, że nie przepadam za książkami dla nastolatek, ponieważ często trafiam na typowe odmóżdżacze – to love story nie było aż takie najgorsze. Jest prosto i lekko napisane, dzięki czemu książkę przyjemnie się czyta – ja pochłonęłam ją jednego dnia.

Historia opowiada o piętnastoletniej dziewczynie, która ma dwa życia. Jedno, które toczy się w Oregonie, na rodzinnej farmie choinek oraz drugie, w okresie świątecznym w Kalifornii, gdzie na miesiąc razem z rodzicami jeździ sprzedawać drzewka. Sierra podczas pobytu w Kalifornii poznaje Caleba – tajemniczego chłopaka, o którym krąży pewna plotka, ale czy okaże się prawdziwa? Dziewczyna po pewnym czasie zakochuje się w nim – jednak Sierra niedługo musi wrócić do domu. Czy ich związek ma szansę?

Co do samej fabuły to nie jest zła, a jedyne do czego bym się przyczepiła to oklepany pomysł na historię Caleba. Tutaj znowu w mojej głowie zapala się czerwona lampka z napisem "Widziałam już to". Oryginalność nie powala na kolana. Jednak reszta historii jest jak najbardziej na plus, nie jest nudna i potrafi zaskoczyć. Nawet troszeczkę zadziwiło mnie zakończenie książki, ponieważ spodziewałam się zupełnie czegoś innego.

Bardzo polubiłam główną bohaterkę, nie jest typową niewyżytą nastolatką. Większość pierwszoplanowych postaci często działa mi na nerwy, w tym przypadku na szczęście tak nie było. Sierra jest rozsądną dziewczyną, nie ocenia pochopnie ludzi. Jest bardzo uparta i pomocna, jednak bywa też wredna. Jak jej tu nie pokochać? Caleb... Nie przemawia do mnie ta postać, podobnie jak przyjaciółka Sierry w Kalifornii – Heather. Ich charaktery... Momentami byli dla mnie irytujący.

Sytuację, które szczególnie zwróciły moją uwagę były związane z nadopiekuńczością rodziców i to, jak potrafi zaszkodzić ona innym. Jak dla mnie, każdy opiekun powinien się zapoznać z tą książką i wyciągnąć z niej wnioski. Autor również w sposób interesujący pokazał krzywdzący wpływ plotek, i jak szybko na tej podstawie potrafimy kogoś osądzić, znając tylko wersję od osób, które nie były przy danym wydarzeniu i jedynie gdzieś coś od kogoś usłyszały. Trzeba tutaj również docenić to, że autor zanim opisał jak wygląda praca na takiej farmie świątecznych drzewek, wybrał się do kilku w jego rejonach i zobaczył na własne oczy jak to wygląda.

Podsumowując, jak na romans dla nastolatków, książka jest naprawdę bardzo fajna, idealna na odstresowanie się po ciężkim dniu. Nie jest wymagająca, prosto napisana i bardzo przyjemnie się ją czyta. Mimo, że jest w klimacie świąt, jest świetna na każdą okazję. Nie byłam przekonana do powieści tego autora, ale udowodnił mi, że warto dać mu szansę i być może w niedalekiej przyszłości sięgnę po 13 powodów.




1

Neil Gaiman – Księga Cmentarna

środa, 6 lutego 2019




Bądź dziurą, bądź pyłem, bądź myślą, bądź tchnieniem.
Bądź nocą, ciemnością, umysłem, marzeniem.
I wśliźnij się, usuń się, przeniknij, czym prędzej
Nad, pod, dookoła, w kąt, na bok, pomiędzy.



Dość niedawno zakupiłam kilka książek, które od razu trafiły na moją honorową półkę. Między innymi znalazła się tam Księga Cmentarna, czyli opowieść Neil'a Gaiman'a o mrocznej i ciekawej tematyce. Zacznijmy od tego, że owa pozycja jest w twardej oprawie i liczy 218 stron, czyli nie tak dużo, a jednak wystarczająco, aby napisać dobrą historię. Sama okładka, przynajmniej ta, którą dorwałam ja, jak większość dzieł Gaiman'a utrzymuje się przy czarnym tle, napisu zbudowanego z liter porozrzucanych po nim i motywu jakiegoś małego zwierzaka, a w tym przypadku pająka.

Główny bohater w zasadzie na początku nie miał imienia. Był małym niemowlakiem, który dopiero co nauczył się raczkować. Pewnej jesiennej nocy do jego domu zawitał mężczyzna, który zabił rodziców chłopaka i starszą siostrę. Zaciekawione hałasem dziecko postanawia opuścić dom, schodząc z najwyższego piętra posiadłości. Los zaprowadził go na wzgórze, na dawno zamknięty cmentarz, który nawiedzają duchy. W ostatniej chwili, gdy Morderca idzie śladem dziecka, jego matka jako zjawa wybłagała dawno zmarłą Panią Owens, by zaopiekowała się jej synem i od tej pory chłopiec został obdarzony Swobodą Cmentarza. Żywi nie widzieli go, chyba, że chciał się komuś ujawnić, mógł przenikać przez ściany i tym podobne. Mały chłopczyk został nazwany ''Nikiem'', skrótem od Nikt.

Wplecenie w historię wątku Silasa, opiekuna Nika, który załatwiał mu jedzenie, ubrania i najpotrzebniejsze rzeczy też nie było głupim pomysłem. Miło czytało się fragmenty rozmowy jego i Nika, który był dla niego niemalże jak syn. Pomagał mu zrozumieć świat, uczył go, ratował z kłopotów oraz załatwiał opiekę na zastępstwo, jeśli musiał wyjechać. Przykładowo, wybranie Panny Loupescou, dalej nie wiem, kto wymyślił i jak wymawia się to nazwisko, strażnika pradawnej magii oraz członkini gwardii honorowej, zostało idealnie dostosowane do zagrożenia jakie panowało. Nie zmienia to jednak faktu, że Nikt uważał za prawdziwych rodziców Panią i Pana Owens.

Tak samo w trakcie czytania moją uwagę przykuł element walki i przewijającej się przyjaźni. Liza, czarownica, która została zabita dawno temu, mimo pochowania na niepoświęconej ziemi pomaga chłopcu w dzieciństwie, młodości, i żegna się z nim, gdy ma opuścić cmentarz. Niezwykle przypadła mi do gustu ta postać, wbrew pozorom nie ze względu na profesję, jaką kiedyś pełniła.

Wplecenie w powieść przeraźliwej kreatury zwanej Swij strzegącej skarbu Mistrza, na którego czeka też nie był nudny. Potwór używający strachu do zabijania lub straszenia ludzi, oraz jego trzy głowy wydają się przerażające. Szczególnie, gdy pomysłem na pułapkę na mordercę rodziny Nika jest... Właśnie motyw z tym ''stworzeniem''.

Sam motyw cmentarza i duchów ciągnął mnie do przeczytania tego cuda i nie żałuję. Nigdy nie wierzyłam, żeby książka mogła wywołać strach, lecz nie raz pojawił się u mnie niepokój czy obawa. Cała powieść wywarła na mnie przyjemne odczucia, mam wrażenie, że Neil trafia idealnie w mój gust. Takie klimaty właśnie kocham, mroczne, z odrobiną fantastyki i kryminału. Mimo wydania książki w 2008 roku nadal jest na czasie, wydaje się, jakby została ukazana w teraźniejszości. Chociaż w sumie 11 lat to nie jest jakiś długi okres. Ha, to prawie całe moje życie... Uważam, że książka spokojnie zajmie miejsce na mojej honorowej półce.

Moim zdaniem, dzieło z pewnością zasługuje na wyróżnienie i spokojny wieczór, w którym możemy zagłębić się wraz z nią w historię bohatera. Mimo, że moje zbieranie się do czytania powieści czasami leży i potrafię jedną, krótką książkę czytać przez dwa tygodnie, to na pewno przeczytałabym ją w jeden dzień.
0

Teri Terry – Zresetowana

środa, 30 stycznia 2019



Nie chcę wiedzieć, ale szepty przeszłości rozbrzmiewają echem w mojej głowie. Nie umilkną. 

 Niedawno podczas przeczesywania półek w empiku trafiłam na książkę Zresetowana Teri Terry. Do kupna zachęcił mnie – mimo, że był dość krótki – opis z tyłu. Nigdy wcześniej nie miałam styczności ani z autorką, ani z wydawnictwem. I przyznam, że co do tej powieści mam mieszane uczucia...


 Książka opowiada o szesnastoletniej Kyli, która została zresetowana. Owemu zabiegowi poddać się mogą jedynie młode osoby, które mają przeszłość kryminalną. Ich wspomnienia, wszystko czego się w życiu nauczyli... To wszystko znika. Budzą się z czystą kartą. Nowe życie, tożsamość, rodzina. Otrzymują drugą szansę, od tej pory muszą żyć na zasadach wytyczonych przez władzę. Ich poczynania kontroluje urządzenie - Levo, które muszą nosić na nadgarstku... Jednak Kyla jest inna od wszystkich zresetowanych. Dziewczyna stopniowo odzyskuje wspomnienia – co sprowadza na nią jedynie kłopoty.


 Akcja toczy się w przyszłości –  może nie tak odległej, ale jednak. Mimo wszystko spodziewałam czegoś więcej niż jedynie częste ataki terrorystów, maszyny do czyszczenia pamięci i urządzenia kontrolującego zresetowanych. Autorzy opisując lata, które dopiero nadejdą mogą popisać się wyobraźnią. Trochę więcej kreatywności na pewno by nie zaszkodziło. Nie podoba mi się też pomysł z całkowitym resetem. Wymazanie wspomnień? Okej – ale to, że  nie pamiętają jak się chodzi, mówi... Stają się od nowa dziećmi. Nie przemawia to do mnie, to jak taka gorsza amnezja.


 Terry mogła też lepiej rozegrać wątek miłosny Bena i Kyli, ponieważ jak dla mnie jest dość... Płytki? Ubogi? Chyba te określenia pasują tu najlepiej. Zrozumiałabym, gdyby nie byłby istotny dla fabuły... Jednak ma wpływ na Kyle i to spory, dlatego powierzchowne potraktowanie tej części nie wyszło autorce na dobre. Moim zdaniem nie ma tutaj wyraźnie określonego momentu, kiedy u Kyli zauroczenie przeszło w prawdziwą miłość i czasami ciężko było mi się połapać w jej uczuciach. Nie wspominając już, że Kyla była zainteresowana Benem od pierwszego ich spotkania. Gdyby autorka trochę bardziej urozmaiciła ich znajomość jakimiś ciekawszymi akcjami... Niestety ich wspólne bieganie i rozmowy na zakazane tematy mi nie wystarczają (serio, biegają więcej niż ja przez całe swoje życie).


 Pierwsze rozdziały czytałam z przyjemnością – jednak im dalej, tym ciężej było mi ją skończyć. Z każdą stroną miałam wrażenie, że "już gdzieś to widziałam". Sam pomysł na historię może i jest intrygujący – jak dla mnie momentami bywa zbyt przewidywalna i nie ma efektu "wow", którego oczekiwałam, a zakończenie... Rozumiem, że autorka kończąc w takim momencie chciała zachęcić czytelnika do sięgnięcia po kolejny tom, jednak mogła to lepiej rozegrać. Gdyby nie to najprawdopodobniej pochłonęłabym tą książkę jednego dnia.

Na plus na pewno przemawia styl pisania autorki – prosty i lekki - idealny dla książek młodzieżowych. 

 Również mieszane uczucia mam co do postaci... Podoba mi się, że nie od razu dostajemy wszystkie informacje o niektórych postaciach – są ujawniane z czasem. Jednak momentami mam dość bohaterów tej książki. Kyla czasami wydaje się, aż zbyt idealna, a reszta osób wydają się strasznie nijaka, bez wyraźnego charakteru – gdybym ktoś mi kazał opisać bohaterów miałabym z tym spory problem. Szczególnie jeśli chodzi o Zresetowanych - wszyscy wydają się tacy sami. Bardzo mnie boli, że Ben zalicza się do tej grupy... Jako postać, która odgrywa dość ważną rolę, powinna mieć bardziej zarysowany charakter.


 Gdyby autorka lepiej dopracowała fabułę, książka byłaby naprawdę rewelacyjna. Czy poleciłabym ją? Szczerze? Nie wiem... Często gdy jakaś książka mnie wciągnie, myślę tylko o tym, kiedy wrócę do domu i będę mogła się za nią zabrać... Niestety nie mogę powiedzieć tego o tej powieści. Niewykorzystany pomysł strasznie mnie tutaj boli... Jednak na nudny wieczór jako zapychacz czasu może by się nadała. Dla mnie ta książka zalicza się do tych co raz przeczytam, a potem będzie się kurzyć zapomniana na półce i prawdopodobnie nigdy do niej już nie wrócę. Być może kolejne tomy dadzą radę uratować tą historię... Ale o tym dopiero się przekonam. Nie skreślam jej ostatecznie.



0

Glee

środa, 23 stycznia 2019


Bycie częścią czegoś wyjątkowego czyni cię wyjątkowym.

Od samego początku wiedziałam, że Glee będzie pierwszym serialem, o którym napiszę. Chciałam zacząć od czegoś, co będę mogła polecić całym sercem. Jak ja trafiłam na ową produkcję? Całkowicie przypadkiem, nie miałam pojęcia o czym opowiada. W tamtym czasie miałam ochotę obejrzeć historię młodych ludzi, zwykłe problemy nastolatków, pierwsze miłości i zawierane przez nich przyjaźnie. Glee było trafem w dziesiątkę. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ten serial jest związany przede wszystkim z muzyką. To zdecydowanie spotęgowało moją miłość do owej produkcji.

Twórcami są Ryan Murphy, Brad Falchuk oraz Ian Brennan. Serial był emitowany przez stację Fox od 19 maja 2009 do 20 marca 2015. Zawiera aż 121 odcinków, które podzielono na 6 serii. Produkcja otrzymała wiele nagród, moim zdaniem oczywiście zasłużonych. 4 Złote Globy, 5 Satelite Awards, 1 SAG oraz 6 wygranych na 31 nominacji do Emmy. Jednak to nie jest najważniejsze w recenzji, skupmy się na tym, o czym opowiada serial i co o nim myślę.

Większość akcji dzieje się w fikcyjnym liceum Williama McKinleya w Limie w stanie Ohio. Nauczyciel hiszpańskiego, Will Schuester (Matthew Morrison) postanawia przywrócić do życia szkolny chór, do którego należał, gdy uczył się w owej szkole. Na samym początku jego zespół składa się z kilku członków i nie cieszy się pozytywnym odbiorem. Niezbyt inteligentny futbolista (Cory Monteith), żydówka wychowana przez dwóch ojców (Lea Michele), chłopak na wózku inwalidzkim (Kevin McHale), czarnoskóra diva (Amber Riley), utalentowany homoseksualista (Chris Colfer) oraz Azjatka w pierwszym sezonie ubierająca się na gotkę (Jenna Ushkowitz). Z czasem do klubu trafia coraz więcej członków, a cały serial kręci się wokół życia nastoletnich bohaterów, nawet po tym, jak ukończyli szkołę.

Muzyka. Główny motyw produkcji. Całkowicie różne gatunki, każdy znajdzie coś dla siebie. Disco, pop, rock, gospel. W większości są to covery innych wykonawców, od starszych artystów i zespołów (Aretha Franklin, Amy Winehouse, Queen, Journey) po tych, których zna większość (Katy Perry, Rihanna, P!nk, One Direction). W owej produkcji możemy usłyszeć również piosenki autorskie, stworzone na potrzebny serialu (Only Child, Loser Like Me, Pretending). Jednak na uwagę zasługują przede wszystkim utwory musicalowe. Filmami muzycznymi, do których znajdziemy nawiązanie w Glee są m.in.: Grease, Funny Girl, Chicago, Rocky Horror Picture Show. Dzięki tej produkcji moja miłość do teatru i starszej muzyki zdecydowanie się pogłębiła. Chciałabym wymienić kilka utworów, które moim zdaniem zasługują na wyróżnienie, ale obawiam się, że nie jest to możliwe, gdyż jest ich za dużo. Chyba największy sentyment będę miała do Don`t Stopping Belive, Girls Just Wanna Have Fun oraz Make You Feel My Love. Oczywiście, nie są to jedyne piosenki, które zapadły mi w pamięć, ale przy nich za każdym razem mam łzy w oczach (jak przez większość serialu, no cóż, łatwo mnie wzruszyć).

Warto również wspomnieć o bohaterach. Czy da się mieć ulubionego? Zapewne tak, chociaż ja polubiłam zbyt wiele postaci, aby wybrać jedną. Za Finnem na początku nie przepadałam. Jednak po pierwszym sezonie zdecydowanie skradł moje serce. Sposób w jaki traktował swoich przyjaciół, jak był im oddany oraz robił wszystko, aby czuli się ważni. Kurt i Blaine (Darren Criss), idealne połączenie, nie da się ich nie uwielbiać. Czy razem, czy osobno. Rachel, kompletnie wkurzająca postać. Jednak po czasie zaczęłam się z nią utożsamiać i nie umiałam jej nie pokochać. To jak dążyła do celu, miała ogromne ambicje i wiarę w siebie sprawiało, że chciałam być dokładnie taka jak ona. W skrócie, każdego członka klubu bardziej lub mniej, darzyłam sympatią. 

Utwory muzyczne nie były jedynym motywem, który zwrócił moją uwagę. Tematy, które poruszano w serialu dawały wiele do myślenia. Niektórzy mogą powiedzieć, że to "głupi serial o głupich nastolatkach". Nic bardziej mylnego. Dzięki tej produkcji nauczyłam się bardzo wiele, szczególnie w sprawach tolerancji. Wywoływał dyskusje na tematy rasizmu, homofobii, stereotypów i stosunków rodzinnych. Pokazywał, jak akceptować siebie i innych, jak swoimi czynami możemy skrzywdzić ludzi (Born This Way, Cough Syrup, Landslide, Perfect). Wiele piosenek było uwielbieniem dla nieżyjących twórców, pokazaniem, że takich legend nie można zapomnieć i zawsze będą wpisywały się w nasz świat, historię muzyki (Black Or White, I Have Nothing). Najbardziej wzruszającym odcinkiem jest Quarterback, czyli epizod poświęcony aktorowi, który grał postać Finna. Cory zmarł w trakcie trwania serialu, a ta część była hołdem złożonym przez jego przyjaciół i twórców serialu.

Zdecydowanie polecam ten serial każdemu. Dzieciom, nastolatkom, starszym. Uważam, że każdy odnajdzie w nim coś dla siebie. Jestem pewna, że jeszcze wrócę do tej produkcji, bo nawet teraz mi jej brakuje, obejrzałam ją kilka miesięcy temu, a do dzisiaj słucham swoich ulubionych utworów. Nie czuję, aby kiedykolwiek mi się to znudziło, wręcz wiem, że jest to niemożliwe. Z czystym sumieniem i ręką na sercu mogę zaproponować wam owy serial na wolne wieczory z rodziną, przyjaciółmi, czy samemu. Tak jak stwierdził Darren Criss, pamięć o serialu przetrwa lata dzięki kolejnym pokoleniom. Jest ponadczasowy.


1

J.D. Horn – Wiedźmy z Savannah. Tom 1. Ród.

środa, 16 stycznia 2019

 

         
Kłamstwo jest całkiem proste. To prawda jest taka skomplikowana. Jest jak cebula, zawsze znajdziesz kolejną warstwę, jeśli będziesz obierać dalej.

Dość dawno na moją świętą półeczkę dołączyła powieść Wiedźmy z Savannah, lecz dopiero niedawno zabrałam się do jej poważniejszego przeczytania. Jako najmłodszą z całej trójki powinno mnie ciągnąć do takiego typu książek, lecz byłam do niej specyficznie nastawiona, gdy ją dostałam.
Nigdy wcześniej o niej nie słyszałam. Nie widziałam żadnych większych wypowiedzi na temat owej pozycji. Tak samo nigdy nie natknęłam się na żadną wzmiankę o autorze, mimo mojego sporego doświadczenia z książkami fantasy. Kolejna powieść tego typu, wydana dla nastolatek. Od razu na start w mojej głowie pojawiło się nawiązanie do zadawanego często pytania Kolejna opowieść o dziewczynie, która odkryła w sobie magiczne moce? Kolejna zakochana w jakimś chłopaku, który jest niezwykły i tajemniczy?

Otóż któregoś dnia przysiadłam się do niej, gdy nie miałam ważniejszych rzeczy do roboty. Pierwsze kilka stron przychodziło mi naprawdę ciężko, męczyłam się nad ich przeczytaniem. Dopiero akcja wciągnęła mnie przy czwartym rozdziale. Wydarzenia się rozwinęły, tworząc pasmo zagadek, które ciągnęły czytelnika do doczytania kolejnej strony, która zawsze miała być ostatnią na dzisiaj. 

Cała książka skupia się przede wszystkim na losach jednej z sióstr bliźniaczek, członkiń najpotężniejszego rodu wiedźm Taylorów, który od wieków strzeże granicy między światem ludzi a demonów. Mercy jako jedyna z rodziny urodziła się bez śladu jakiejkolwiek magii. Jej siostra, Maisie, od małego była szkolona by przejąć rolę strażnika granicy. 

Mercy z własnej woli wplątała się w tak zwany trójkąt miłosny. Ma przy sobie chłopaka, który jest w nią zapatrzony, ale i tak kłóci się sama ze sobą, bo pociąga ją narzeczony własnej siostry.

Gdy ginie strażniczka granicy, babka bliźniaczek, w domu Taylorów odbywa się zjazd rodzin, by wybrać następny ród do przejęcia owego zadania. Gdy bliźniaczki decydują, że chcą wziąć udział w losowaniu, przez które jedna z nich prawdopodobnie zostanie strażnikiem, wszystko się komplikuje. Razem wkładają dłonie do worka, łapiąc dwa osobne fragmenty. Jak się okazuje, jedna z nich zostaje wybrana.

Podczas czytania tej książki nie miałam szczerze mówiąc pojęcia, skąd ta cała fascynacja w wypowiedziach odnośnie niej. Bohaterowie mało oryginalni, a wydarzenia... Mam wrażenie, jakby były spisane w jakimś notatniku wraz z nagłówkiem Co najbardziej będzie interesowało nastolatki. Jedyna postać, jaka mnie naprawdę zainteresowała był to Oliver, wujek głównej bohaterki, którego polubiłam przede wszystkim za jego świetne rady. Nie chcę wspominać o przeskakiwaniu po wątkach, które najwyraźniej autor sobie upodobał. Tak samo o rozegraniu fabuły – koniec książki bardzo mnie zawiódł. Treść oparta w większości na dialogach, przez które czytelnikowi bardzo ciężko jest się połapać... Głównie rzecz biorąc – może i po następne tomy bym sięgnęła, ale na pewno nie w pierwszej kolejności, czytałam lepsze dzieła w owej tematyce. Nie czuję klimatu tej książki, fabuły ani nie potrafię wczuć się w postacie.

Może historia ma potencjał, ale jak dla mnie na razie wykonanie fatalne. Będę musiała zabrać się za kolejne tomy, by ocenić całokształt.

1

Copyright © Szablon wykonany przez My pastel life